Zazdrość

Samochody są drogie. Kupując mieszkanie nie myślisz o tym, że za 10 lat nieco się zużyje i przyjdzie ci kupić nowe. Lekko je ogarniesz, powyrzucasz butelki po piwach z promocji, ewentualnie zrobisz mały remont. Ale raczej nie wpadnie ci do głowy pomysł: „Hej, sprzedam je za 10% ceny zakupu i poszukam czegoś ładniejszego. A z samochodami tak jest. I kosztują nieraz tyle, co mieszkanie.

Nic więc dziwnego, że w duszy Polaka (niezależnie od sortu) budzi się gniew, niepogoda i zazdrość względem tych, którzy wyjeżdżają autem z salonu, a nie z gnieźnieńskiego komisu. Powiem więcej – ja to rozumiem i popieram. Niech ci, którzy solidnie harowali na swoją gablotkę, albo płacą za nią w ratach jak za zboże, wiedzą, że ci nieco leniwsi ich nie lubią. Niech im będzie wstyd, że wydali własne pieniądze na to, na co mieli ochotę. A kiedy spojrzą na swój dobytek, niech ujrzą w nim pogardliwe spojrzenie internetowej braci spod znaku gleby i półleżących foteli. Żeby nie było zbyt słodko. Taka zazdrość jest zdrowa. Jedni są dumni z tego, że mają, a ci drudzy – że nie. Równowaga godności.

Ale ja tej zazdrości nigdy nie czułem.

Jakoś nie jestem w stanie sobie wyobrazić bólu dupy o czyjeś auto. Owszem, wiele z nich chciałbym mieć, ale jest to zazdrość na zasadzie: „Hej, Stary. Szacun”. Nie boli mnie widok lśniących bawarek z kawałem dobrego motoru pod maską, ani kultowych fur, które upalałem jedynie w grach. Zazwyczaj wtedy cieszę się, że ktoś sobie nimi jeździ, a sam szukam kluczyka w kieszeni i próbuję otworzyć Heńka. Bo coś mi się zamek psuje. Potem wsiadam i jadę, zastanawiając się czy nie pora by dolać olej. Pełen luz.

Ale!

W przyrodzie musi być równowaga. Nie mam więc wkurwu o auta, za to wręcz kipię bólem dupy, gdy pomyślę o czyichś garażach. Garaży zazdroszczę z całego serca. Najbardziej tych zagraconych, pełnych uwalonych towotem narzędzi, które pachną ciętą blachą i poezją. Wchodzi człowiek do takiego ze skrzynką piwa, kładzie na falbanku, a potem dłubie przy jakimś gracie i cieszy każdą iskrą przelatującą po kapciu.

Pod tym względem mieszkanie jest absolutnie do dupy. Bo nawet jeśli masz gdzieś wynajęty garaż, to nie wybierzesz się do niego w ulubionych dresach z dziurą na dupie, zacerowaną naszywką ze świętym mikołajem. Taki garaż to tylko przechowalnia na samochód. Taki garaż to smutek, samobójcze myśli i niedogotowana golonka. Bez musztardy.

W prawdziwym garażu możliwość parkowania samochodu to tylko opcja. Wcale nie konieczna. Dużo ważniejsza jest ta aura niesamowitości, która się z tym wszystkim wiąże. Pomyślcie tylko: Idziecie do znajomego. Otwiera wam jego żona. Mówi, że ten stary pierdziel jest w garażu i marnuje czas na pierdoły. I już wiecie wszystko, mianowicie:
– że zaraz będziecie pić piwo,
– że prawdopodobnie nie skończy się na jednym,
– że przez pół wieczoru będziecie próbowali rozwiązać idiotyczny problem,
– a przy okazji narobicie z trzy, cztery kolejne,
– zarówno problemy jak i piwa,
– że będziecie gadać o wspólnych wakacjach sprzed pięciu lat,
– że będziecie planować kolejne,
– że zapewnicie się nawzajem o bezkresnym szacunku,
– a na koniec pójdziecie na stację benzynową,
I koniec ten będzie początkiem.

Garaże już takie są. I właśnie tego, kuźwa, zazdroszczę.

Kiedyś wybuduję sobie garaż. A potem dobuduję do niego dom.