Targi Moto-Tor 2015. Mogłem iść w klapkach, ale założyłem brogsy

Toruń nie przestaje mnie zaskakiwać. Ledwo co otrząsnąłem się po nieoczekiwanym zlocie automobilklubu toruńskiego, a tu równie niespodziewanie gruchnęła mi w ucho wiadomość, że będą targi motoryzacyjne. Targi. Motoryzacyjne. Kurwiki w oczach aktywowane.

Bo już samo określenie „Targi Motoryzacyjne” sprawia, że ślinianki wchodzą na wysokie obroty. Wyobrażamy sobie Genewę, albo przynajmniej nasz Poznań. Te wymuskane auta ustawione na podwyższeniu niczym dzieła sztuki. Blichtr, którym ociekają najciekawsze kąski. Późnonocne wertowanie zdjęć przed pokazaniem ich żonie, w celu odsiania tych, gdzie obiektyw aparatu swą ostrość zamiast na samochodzie, przypadkowo ustawił na nogach stojącej obok hostessy. Znacie to, nie?

Kolaż 1

Kolaż 2

Zdjęcia te później lądują w folderze sterowniki_system32 w koszu, a blogosfera aż kipi od relacji z imprezy. Puenty są zaskakujące, świeże i celne. Fetowanie trwa długie tygodnie. A później relację wrzuca Blogo. Znamy to, nie?

Mniej więcej z takim nastawieniem wybrałem się na targi Moto-Tor w Toruniu. Naładowałem baterię aparatu na maksa oraz zabrałem notatnik do zapisywania zaskakujących, świeżych i celnych puent. Założyłem też najlepsze buty, aby wyglądać tak, jakby do zakupienia najtańszego z prezentowanych aut brakowało mi zaledwie połowy. Byłem gotów.

Ku mojemu zdziwieniu, targi odbyły się w budynku o kubaturze przeciętnego przedpokoju w wielkiej płycie. Byłem zły i smutny. Spodziewałem się kilometrów alejek, setek prototypów i budki z hot-dogami. A tu dupa.

Szybko zrozumiałem o co tutaj chodzi. Moto-Tor to te specyficzne targi, na których pojawiają się managerowie średniego szczebla i nieco bardziej rozgarnięci przedstawiciele handlowi, aby zrobić sobie dobrze. Rozpoznamy ich po eleganckich butach, lekko przetartych nogawkach dżinsów i uroczo wyjętej ze spodni koszuli. Klasyka. To swego rodzaju manifest: „Patrzcie, jestem tutaj, bo mnie stać. Pooglądam wszystkie, popytam o rabaty, ale kupię Octavię.”.

Nabijam się, bo mnie cholera nie stać nawet na połowę Octavii. Macie maść?

Przejdźmy do sedna. Zakochałem się w takich targach bez opamiętania. Dlaczego? Z prostego powodu. Wraz ze mną było na hali może z trzydzieści osób, z czego dwadzieścia pięć to obsługa stoisk. Co ciekawe, każda z tych osób miała w oczach wypisane to samo: „Chce kupić, czy przyszedł po katalog?”, a tuż pod, małym druczkiem: „Może chociaż spyta o raty?”. Mówiąc krótko, tłoku nie było. A to idealne miejsce pracy dla aspirującego blogera. Mogłem do woli bawić się prezentowanymi modelami i chłonąć wrażenia na ich temat, nie przejmując się tym, że jakiś Seba będzie okupował fotel kierowcy. Tak było w Poznaniu. Wygonić takiego Sebę zza kierownicy, aby zerknąć na wnętrza auta, po prostu nie sposób.

A teraz to JA byłem Sebą.

I wreszcie mogłem zweryfikować mit, że w Peugeocie 308 kierownica zasłania zegary. Bardzo się starałem ustawić pozycję fotela tak idiotycznie, by to się stało, ale musiałem kapitulować – zegary uparcie były widoczne bardzo dobrze. Szczególnie wtedy, gdy ustawiłem fotel prawidłowo – jak najniżej, w miarę prosto, z jak najbardziej pionową płaszczyzną kierownicy. Dzięki mikremu zainteresowaniu targami mogłem też miło zaskoczyć się materiałami wykończeniowymi Kii i kompletnie zszokować brakiem poziomu u Forda. Mogłem na spokojnie wszystko obejrzeć i usystematyzować myśli.

Bo nikt nie prychał mi do ucha przez okno komunikując, że moje piętnaście sekund już się skończyło.

Obejrzałem tak m.in Kię, Jaguara, Land Rovera, Mazdę, Subaru, Peugeota, a nawet – wiem, poleciałem – SsangYonga. Ba, nawet do Aixama wlazłem, choć tutaj nawet nie potrzebowałem piętnastu sekund. Wyszedłem po dwóch, bojąc się, że autko się rozleci. Z przykrością zakończyłem też wizytę we wnętrzu Mazdy MX-5, do której jeszcze chwilę wcześniej wzdychałem. Okazała się za ciasna. Mam nadzieję, że koncernowi nie będzie smutno, jak jej nie kupię.

Mazda MX-5

Na targach zabawiłem aż półtorej godziny. W Poznaniu byłem jakieś cztery. Porównując kilkudziesięciokrotnie mniejszą skale wydarzenia, jest to wprost niemożliwe. A jednak. Za cztery złote. Za połowę ceny dobrego piwa. Tyle radochy. Polecam.