Recenzja: Jacek Balkan – Samochody marzeń

Długo snułem się wśród książkowych półek, przeglądając od niechcenia okładki, zanim pojawiła się pani tamże pracująca. Spytała, czy czegoś szukam, co za każdym razem wybija mnie z rytmu i wprawia z zakłopotanie. Kilka minut po fakcie zawsze sobie powtarzam, żeby następnym razem odpowiedzieć „Nie, uprzejmie dziękuję”, ale tym razem, jak zwykle, zacząłem się miotać i próbując wybrnąć z sytuacji wykrztusiłem: Yyyy, tego.. ja szukam jakiejś książki… (spojrzałem dookoła na regały wypchane książkami po brzegi)… yyy, O MOTORYZACJI!

Od razu pożałowałem tego co powiedziałem. Mogłem wymyślić, nie wiem, jakiś thriller, których jest mnóstwo, albo powiedzieć, że szukam książek Stephana Kinga. Od razu wskazałaby kurs dłonią i po robocie. Ale nie – walnąłem motoryzacją. Efekt był taki, że przez 5 minut biedna kobieta biegała w popłochu między półkami, rozpaczliwie próbując znaleźć cokolwiek. A ja, nie wiedząc co robić, powłóczyłem nogami za nią. O, proszę! – powiedziała z ulgą – tutaj chyba coś o motoryzacji. I podała mi „Christine” Stephena Kinga z autem na okładce. Chciałem szybko wyrwać jej tę książkę z ręki, podziękować i uciec, lecz zdążyła się zreflektować: „A nie, to jednak nie o motoryzacji”

I w długą.

Po następnych dwóch minutach przyszła ponownie. W ręku trzymała Samochody marzeń Jacka Balkana. Książka – jest. Samochód na okładce – jest. Coś tam na temat motoryzacji – jest. Zapłakaliśmy oboje.

Pana Jacka Balkana nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Co jest mi nawet na rękę, bo niewiele o nim wiem. Tylko tyle, że obraził Dumę Polskiej Motoryzacji i był kiedyś Hammondem. W towarzystwie Clarkso, tfu, Miecugowa i May, tfu, Mellera, prowadził brawurowy program Top Ge, tfu Testosteron. Na TVN Turbo. Oglądaliście?

Otwierając książkę, nie miałem pojęcia czego się spodziewać. Trauma z księgarni jednak gdzieś tam jeszcze w człowieku siedziała, a na dodatek pizgnąłem się przy kasie w kolano. Przeczytałem wstęp, mówił do mnie Mike Brewer z Wheeler Dealers. Oczyma wyobraźni widziałem jak zaciera ręce, a tuż obok (tak po lewej w głębi), stoi Edd China i mocuje się z zapieczoną śrubą. Potem przyszła kolej na Jacka Balkana. Drugi wstęp. Nieźle – pomyślałem – zaraz pewnie będzie trzeci wstęp. Miecugowa.

Jak się jednak okazało, nie było już następnego wstępu (ogromne rozczarowanie), lecz całkiem zgrabna historyjka o Toyocie RAV IV. Krótkiej. A potem następna i następna. Jeden samochód, to jedna historia. Zgrabnie. Dodatkowo podzielono wszystko na cztery kategorie:
– Do codziennego użytku
– Do weekendowych przejażdżek
– Do weekendowych przejażdżek i częstych napraw
– Kup i zostaw na zawsze

Co ciekawe, w ostatniej kategorii nie było Hyundaia Coupe 2.0 RD1 z silnikiem do kapitalnego remontu. Dziwne. Ale nie zraziło mnie to ani trochę, całość przeczytałem na jednym wdechu i trzech mrugnięciach. Dowiedziałem się, że nie tylko ja kupuję samochody jak ostatni kuc, co zresztą bardzo mnie ucieszyło. Jak i to, że w książce nie znajdziecie… żadnych zdjęć!

Bo to największa zbrodnia pism i portali motoryzacyjnych ostatnich czasów. Przerost formy nad treścią. Mnóstwo ogromnych zdjęć rozlewających się na całe strony, wymyślne fonty i grafiki, a tekstu oraz własnej opinii tyle, co kot napłakał. Tutaj na odwrót, dużo ciekawej (i niejednokrotnie mocno absurdalnej) opowiastki, w stylu przypiwnej gawędy. Bez silenia się na śmieszność, czy profesjonalny ton. Męska, surowa forma. Bo jak już coś robić, to byle jak.

A teraz się trochę poprzyczepiajmy. Po pierwsze, książka jest zdecydowanie za droga. Ja rozumiem, że okładka jest gruba, a i papier fajny, ale pięć dych za takiego chaotycznego bloga, bez ładu i składu, to zdecydowanie za dużo. Gdybym akurat nie pragnął czym szybciej uciec z księgarni i nie byłoby mi głupio, że kobieta tak długo tę książkę szukała, to bym jej pewnie nie kupił. A druga sprawa, to kompletnie bezsensowne dopiski „Szukaj” i „Unikaj” kończące historię każdego auta.

Bo każda historia wygląda mniej więcej tak: Pan Jacek pisze o jakimś aucie, które bardzo mu się podobało, lecz dobrze wiedział, że będzie ono beznadziejne. Więc je kupuje. Potem okazuje się, że jest ono jeszcze bardziej beznadziejne, niż myślał, więc się w nim zakochuje i je sprzedaje. A następnie poleca nam, żebyśmy kupili. I tu pojawia się informacja jakich egzemplarzy należy szukać, a jakich unikać. I w przypadku każdego samochodu wygląda ona identycznie, mianowicie:

Szukaj: Aut dobrych, takich zadbanych, wiesz.
Unikaj: Aut złych, takich zepsutych, czy tam niezadbanych, wiesz.

Być może jest tam więcej informacji, ale tego nie wiem, bo przy trzeciej, albo czwartej historii przestałem to czytać.

Jeśli więc szukasz lekkiej książki do poczytania w nudne popołudnie, mogę ci ją śmiało polecić. Dowiesz się dlaczego nie warto napalać się na zarezerwowane Porsche oraz z jakiego powodu warto unikać drogi między Poznaniem, a Koninem, jeśli posiadasz Lexusa. Na pewno znajdziesz coś dla siebie i nie będziesz się nudził.

A ja w międzyczasie lecę do księgarni rozejrzeć się za jakąś nową książką. Trzymajcie za mnie kciuki.

  • http://tqmm.pl TQMM

    Czyli chcesz powiedzieć, że taka polska wersja Clarcksona? Zbiór felietonów na temat samochodów?

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Tak, taka bardzo luźna gawęda na temat samochodów, z dużym naciskiem na opowieści o własnych przeżyciach z danym modelem. Bez zbędnego wdawania się w dane techniczne, czy historię marki. Z tym, że w porównaniu do Clarksona nie ma tu silenia się na śmieszność. Właściwie to humoru nie ma tu wcale. Ale w tym przypadku nie jest to wadą. :)

  • http://www.cromo.pl/ Dominik z Cromo.pl

    Nigdy nie miałem przyjemności przeczytać książki Jacka Bałkana, bo jakoś mam wstręt za to podejście do Arrinery. Jaki jest ten samochód taki jest, ale jakoś mam niechęć do autora i chyba nigdy się go nie wyzbędę.

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Powiem Ci, że coś w tym jest. Miałem identyczne obiekcje.