Poznajcie Heńka

Wspominałem o nim opowiadając o łataniu zbiorniczka spryskiwaczy korkiem od szampana, pisząc kilka słów o sobie oraz ostatnio, dzieląc się przemyśleniami na temat wybierania samochodu z kobietą. Czas najwyższy go przedstawić. Mojego najwytrwalszego kompana. Niebieskiego zaklinacza zakrętów. Smakosza 15w40. Lub po prostu – Heńka.

– Panie Nielubiediesli, powiem wprost. Bierze olej.
– Ile? – spytałem właściciela Hyundaia Coupe 2.0 RD1 (wtedy jeszcze nie był Heńkiem, rozumiecie), łapiąc się w zadumie za brodę.
– No dużo. Właściwie to bardzo dużo. Raz na tydzień trzeba coś wlać.
– Hmm, w porządku, żaden problem, biorę. Na wynos poproszę.

Mniej więcej tak wyglądał jego zakup. Gdybym dostał wtedy 5 zł za każdą sprawną w Heńku rzecz, to miałbym 70 groszy. Oczywiście jadąc na jego obejrzenie wydrukowałem sobie taką listę rzeczy, które należy sprawdzić, pełna profeska. Było tam chyba z 50 pozycji, a przy każdej z nich kwadracik, w który można było wpisać fajkę, jeśli coś działa, krzyżyk, jeśli nie za bardzo, lub penisa, jeśli akurat zdałeś do drugiej gimnazjum. Szybko jednak przeliczyłem swoje fundusze, wszystkie świnki skarbonki potłukłem w drobny mak i lista uległa zrewidowaniu. Wyglądała tak:

– Jeździ (kwadracik)
– Skręca (kwadracik)
– Hamuje (kwadracik)
– Ma klimatyzację (kwadracik)

I co ciekawe, Heniek spełnił te wymagania, więc go przygarnąłem. Od tego czasu wlałem chyba z beczkę oleju, choć dla własnego komfortu psychicznego nie liczę tego dokładnie. Nie zdziwiłbym się, jakby Castrol budował za mój pieniądz już drugą fabrykę. Ostatnio podjechałem do hurtowni motoryzacyjnej po nowe wycieraczki i nie zdążyłem nawet dobrze drzwi domknąć, a znajoma pani sprzedawczyni już wytargała na ladę czterolitrową bańkę. Pewnie trzymają je pod ladą, żeby zbyt często i daleko nie nosić – sprytnie.

Oczywiście, lanie oleju to żadne rozwiązanie, powtarzam sobie to z każdym odkręcaniem korka wlewu. Należałoby rozebrać cały silnik, zrobić szlify, założyć nowe pierścienie olejowe i uszczelniacze zaworowe, wymuskać każdą najmniejszą śrubkę, a potem wlać pełen syntetyk i zaspawać maskę na 20 tys. km. I chętnie bym tak zrobił. Tylko siedzi we mnie taka myśl, by nie powierzać tego ot tak, po prostu, jakiemuś warsztatowi. „Dzień dobry, poproszę naprawić mi silnik. Na miejscu. Płacę kartą.” No nie wyobrażam sobie tego. Marzy mi się, by w tym wszystkim uczestniczyć. By samodzielnie odkręcić głowicę, by wytargać te zmaltretowane tłoki i podotykać taki czyściutki, lśniący blok silnika. I tą starą uszczelkę spod głowicy tak soczyście oderwać. Tak to sobie wyobrażam. I kiedyś to zrobię. Nie wiem jak, ale zrobię. Oczywiście w towarzystwie kogoś, kto się na tym zna. Taki jest plan.

Mając 6-7 lat, zbierałem plastikowe opakowania po cukierkach. Najróżniejsze. Takie po Tic-Tacach, pudrowych pastylkach i wszelkie inne. Pewnego dnia zniknęły z szuflady. Wyparowały.

Jak wsiadłem do Hyundaia po raz pierwszy, już wiedziałem co się z nimi wszystkimi stało. Tak koszmarne materiały widziałem ostatni raz w Tatrze 815 z 88 roku. Zakochałem się w nich od razu. Do dziś mnie bawi to, jak śmiesznie łuszczy się ta osłonka przeciwsłoneczna nad moją głową. I jak tandetnie wykonane są zaślepki tylnych lamp w bagażniku. To wszystko jest tak słabe, że nie można się w tym nie zakochać. Naprawdę.

Zupełnie tak, jak w piętnastocalowych felgach z niskoprofilowym kapciem. W połączeniu z muskularnymi nadkolami i absurdalnie długim przednim zwisem, auto wygląda na wskroś komicznie. Ktoś kiedyś porównał je do jamnika i jest to porównanie nad wyraz trafne. No panie, nie uśmiechniesz się?

Ale powiem wam szczerze, że heheszki heheszkami, ale kurczę – to auto podoba mi się nieziemsko. Wiem, że to trochę tak, jakbym się przyznawał, iż lubię jak mi śmierdzą stopy, ale cóż, miłość nie wybiera. Kocham tę mydelniczkowo-majestatyczną linię, te skrzydła na przedniej masce i napompowane nadkola z tyłu. Linię okien przypominającą mą łzę wzruszenia, gdy na nią patrzę. Stosunkowo niski dach, który głaszczę za każdym razem, gdy przechodzę obok Heńka. To wszystko podoba mi się jak cholera. I w głowie mi się nie mieści, jak te Koreańczyki mogli to tak spektakularnie spieprzyć:

Coupe RD2

Coupe GK

Całe szczęście obudzili się w 2005 roku, przeprowadzając udany lifting GK:

Coupe GK Facelifting

W gronie użytkowników Hyundaia krąży taki popularny mit, że przy konstruowaniu, czy tam dostrajaniu wielowahaczowego zawieszenia, swoje niemieckie palce maczali inżynierowie Porsche. Nie wiem ile w tym prawdy, ale jak dla mnie mogliby tylko spojrzeć na jeden sworzeń – dodałoby to +5 do prowadzenia, + 5 do mocy silnika i + 5 do długości wacka. Zresztą, mogłoby nie dawać nic. Możliwość opowiadania tego kolegom przy piwie, to i tak już niezły ficzer.

Heniek regularnie robi długie trasy i ma się świetnie. Ostatnio naprawiłem zaśniedziałe gniazdo prawej tylnej żarówki, niedziałające spryskiwacze i uporałem się z brakiem podświetlenia zegarów. Wymieniłem też manetkę kierunkowskazów, bo poprzednia zaczęła się kopcić w czasie jazdy. W najbliższy weekend zabiorę się pewnie za naprawdę silniczka lewej szyby, bo nie działa. Ale najpierw doleję trochę oleju.

PS Wpadnijcie tutaj w sobotę wieczorem. Wezmę Heńka na myjnię, wyszoruję dokładniej niż siebie, cyknę mu piękne foty i wstawię do tego wpisu. Zapraszam.

  • http://www.justwelldriven.com/ Bartek Garnuch

    Jeśli myślisz, że jeździsz czymś brzydkim przypomnij sobie, że ktoś tam gdzieś jeździ Rodiusem. Lepiej? Ano lepiej.

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Pontiac Aztek też nieźle leczy. :)

  • pieklonakolach

    Mnie się ten wóz podoba, niestety dyskwalifikują go w moich oczach aspekty praktyczne ( wózek, fotelik, różnorakie utensylia. itd…) Cóż, skończyło się rumakowanie, teraz trzeba rozglądać się za jakimiś turbocegłami dla rodziny.

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Zmieniają się priorytety, zmienia się punkt widzenia. :) Dla mnie i dla Bonobo to niemal VAN. Miejsca tyle, że nigdy po brzegi nie wypełnię. :)