Opel Astra I – co za bestia!

Gdybym miał balkon, napisałbym, że z mojego balkonu Astra wyglądała znakomicie. Ale nie mam balkonu, tylko takie coś, że otwierasz drzwi (nomen omen balkonowe) i od razu pojawia się barierka. Po cholerę to komuś i do czego służy? Nie wiem. Tak, czy inaczej, Astra wyglądała świetnie.

1

Być może dlatego, że posiadała lakier kameleon, mieniła się granatowo-zielonymi refleksami i miała jaskrawożółty napis „California” na boku. Poczułem się tak, jakbym w twarz dostał studolarowymi banknotami. Miałem jakieś 14 lat i wydawała mi się zajebista. Pachniała cytrynowym plakiem, a wnętrze świeciło się jak klamki w ZUS-ie. Chuj tam z Litwinami, szybami na korbkę, brakiem klimatyzacji i brzydkimi jak noc kołpakami – ważne, że szyberdach jest. I działa!

Nie działały za to niektóre diody na desce rozdzielczej, lecz taki jeden szpec – złota rączka, co to z tatą był samochód wybierać, powiedział, że auto jest w idealnym, nieśmiganym stanie. Krążyła nawet legenda, że rozpoznał bitą Pandę w salonie. Ja mu tam jednak nie ufałem, bo był rudy. Pewnego razu wzięliśmy się z tatą za naprawę, rozkręciliśmy pół deski rozdzielczej i tym samym zamiast dwóch niedziałających diód, pojawiło się z dziesięć. Super warsztat biurwo!

Przesiadywałem za kierownicą Astry wieloma godzinami, ale pierwszy raz przejechałem się nią dopiero po jakimś roku od zakupu. Podkrakowska wieś, pusta droga przede mną, przekręcam kluczyk i… nic. Ten pieprzony immobiliser! Projektant Opla, który to wymyślił, powinien zostać spalony żywcem. Wraz z tym gościem, co wymyślił oszukane balkony. Wyjąłem kluczyk, włożyłem immobiliser, włożyłem kluczyk ponownie, przekręciłem. Udało się, silnik odpalił. Świat należał do mnie. Ruszyłem i… ledwo opanowałem bestię! Siedemdziesiąt pięć wolnossących kucy wcisnęło mnie w fotel obszyty obciachową, pstrokatą tapicerką. Przysięgam, czułem jak śledziona owija mi się wokół kręgosłupa. Jedynym samochodem jakim jeździłem wcześniej był dychawiczny kaszlak, więc wrażenie było naprawdę boskie. Szybko sprawdziłem, czy oczy nie powpadały mi do oczodołów i opanowując oddech, wrzuciłem dwójkę – mój ulubiony bieg.

Dziś Astra ma okrągłe, dwudzieste urodziny. Miała, co prawda, jeden przeszczep serducha, ale napis California trzyma się nienagannie. Szyberdach przestał działać i cieknie, więc ojciec zapaskudził go jakimś sylikonem i zapchał szmatką z podkoszulka. Postanowiłem, że z okazji jubileuszu wymienię jej wszystkie płyny, naleję do pełna najdroższego piciu w okolicy i wypsikam Plakiem. Cytrynowym.

PS Jak tylko będę w rodzinnym domu, to cyknę parę fotek opisywanej Astry. Póki co muszą wystarczy jakieś randomowe zdjęcia z internetów.

  • http://bass-driver.blogspot.com/ Jarek Michalski

    A, tzw. rzygacz. Też mam. Co to jest ja nawet nie.