O tym, jak Opel stworzył najdroższy budzik na świecie

No dobrze, babcia uczyła być uczciwym, więc śpieszę z wyjaśnieniami. Szczerzę wątpię, że naprawdę jest najdroższy. Jestem w stanie wyobrazić sobie bogatego szejka, który wybulił petrodolary na polską modelkę kilkukrotnie droższe ustrojstwo do wyrywania ze snu. Z pozytywką, kryształkami i pozłacanym wihajstrem do tentegowania.

Ale internety rządzą się swoimi prawami i gdybym napisał jak to Opel stworzył „jeden z najdroższych”, albo „całkiem drogi” budzik, to prawdopodobnie zwrócilibyście uwagę na ten wpis, jak na Passata w kombi. Niech zostanie więc „najdroższy”, bowiem tani nie jest. W najtańszej wersji kosztuje obecnie blisko sto tysięcy złotych. Ale zacznijmy od początku.

Mieszkałem w Toruniu. To tam gdzie Kopernik obczajał kontrolę pęcherza, a nieco później gwiazdy. Wybrałem się tam na studia, chciałem zostać naukowcem i rozważałem zakup diesla. Było się naiwnym i głupim, nie przeczę. Mieszkałem w garażu przerobionym na kawalerkę, więc petrolheadzi to mi mogli z ręki jeść. Jako że przeprowadziłem się z Krzeszowic (to takie miasto, obok którego leży Kraków), to dość szybko uzależniłem się od melisy na uspokojenie, bo w Toruniu znają dziesięć słów i wszystkie z nich to „Jo”. „Jo” wyraża wszystkie uczucia. Z wyjątkiem jednego – tego, które poczułem pewnego znamiennego poranka.

Godzina 6:45. Dzisiaj nazwałbym to porankiem, wtedy – późnym wieczorem. Książka Stephena Kinga nieco nazbyt wbijała mi się plecy, więc postanowiłem to olać i przewrócić się na drugi bok. Nie zdążyłem nawet przekręcić się o 16 stopni, a w uszy przypierniczyło mi złem i zniszczeniem. Zdołałem jedynie podrapać się po brzuchu.

W takim byłem szoku.

Początkowo pomyślałem, że to któryś sąsiad napierdziela młotowiertarką, albo jakiemuś studentowi wypadły słoiki z plecaka. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to może być silnik (choć oczywiście wciąż miałem nadzieję, że to młotowiertarka). Z asekuracją wygramoliłem się z łóżka. Trzymałem się blisko podłogi. Unikałem linii okien. Oddech płytki jak książki Coelho. Gdybym miał linę, to bym się nią asekurował. Tak mnie ten dźwięk przestraszył.

Postanowiłem rozsunąć żaluzje. Wiedziałem już, że to dźwięk silnika. Modliłem się w duchu, by za moment ujrzeć na podjeździe zdezelowaną Astrę F 1.7 D. Odetchnąłbym pełną piersią, świat wróciłby do normalności, zrobiłbym sobie zupkę. Łagodny kurczak.

Modły się spełniły. Połowicznie.

Na podjeździe stał Opel, ale nie stara Astra, lecz lśniąca jak pieniądze z socjalu Insignia. Przepiękna, czarna, z listewkami. Ta sama, która tak bardzo podobała mi się kilka lat wstecz, gdy widziałem ją w czasopismach, albo gdzieś na drogach. Za jej kierownicą siedział właściciel budynku w którym mieszkałem. Uśmiechnąłem się krzywo, co chyba zresztą zauważył, bo odpowiedział mi uśmiechem pełnym zrozumienia. Pewnie pomyślał, że jestem jeszcze przed poranną toaletą. Dodał gazu i odjechał siać zło i zniszczenie gdzie indziej. A ja stałem tam jak kołek…

….trzymając w ręce linkę do podnoszenia żaluzji…

…chcąc zostać naukowcem.

Ten poranek nauczył mnie wiele. Po pierwsze, to właśnie wtedy ostatecznie i nieodwołalnie znienawidziłem silniki diesla. Od tamtej pory nie mam z nimi żadnego dobrego wspomnienia i nigdy nie przyszło mi do głowy, aby diesla kupić. To sukces, zważywszy, że zmieniam „auto, które na bank będzie następne” mniej więcej co tydzień. Po drugie, zrozumiałem, że silnik jest absolutnie najważniejszą rzeczą przy zakupie samochodu. Byłbym bardzo zadowolony, gdyby w salonach samochodowych stały same silniki, a całą resztę można było sobie obejrzeć w katalogu. Wybierasz motor, pytają czy życzysz sobie by zamontować i idziesz do kasy. Tak to powinno wyglądać. Trzecia nauka jaką wtedy wyniosłem, to to, by nie jeść zupek w stresie.

I taki to miałem co dzień budzik. Nie było bata, bym gdziekolwiek zaspał. Wspólna szyna napierdzielała tak ochoczo i radośnie, że Claudii Shiffer połamałoby żebra. To dlatego w reklamie jeździ Adamem. Dobra robota Opel. Wir leben auto, psia mać.

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    No. Trudno się nie zgodzić. Ale co powiesz na młodocianego jeźdźca apokalipsy na swoim dwusuwowym pojedźcie, sunącego o godzinie 23.00 przez wymarłe osiedle? Dźwięk silnika odbija się od kolejnych bloków i uderza z siłą kilku Pudzianów, raz za razem… Dlatego zapisałem się na korespondencyjny kurs snajperów nocnych. Albo oni, albo ja!

    • http://www.nielubiediesli.pl/ nielubiediesli.pl

      Ach, do dwusuwów, w przeciwieństwie do diesli, mam akurat ogromną słabość. Choć nie przeczę, młodzi gniewni na dwusuwowych kibelkach potrafią poirytować.

      • http://bwotr.pl/ Bookworm

        Jeśli sięgnę pamięcią wystarczająco wstecz, to … cholera, też lubię dwusuwy. Uczyłem się jeździć również na warczyburgu. Idealny pojazd do nauki parkowania – wszystkie krańce auta widoczne. Do tego przyciśnięty, jak na owe czasy, kulał się całkiem żwawo.
        Teraz pozostaje mi delektowanie się wibracjami dwusuwowej kosy spalinowej, której moc przekracza niektóre produkty skuteropodobne 😉