Nowy akumulator

Z rozbawieniem obserwuję kierowców diesli. Podejrzewam, że wielu z nich ma w przedpokoju specjalny ołtarzyk, przy którym rankiem modlą się o to, by ich ropny agregat zaskoczył. Jadąc przez miasto mijam kilku defibrylowanych nieboszczyków i zastanawiam się – po co się tak męczyć?

Przy okazji zupełnie jasny staje się powód montowania dyszli raczej w większych autach. Musi mieć ono spory bagażnik. Oprócz kabli, liny, zapasowych świec żarowych i dziesięciolitrowego plaka, powinien pomieścić farelkę. Bo buda spora, nieocieplona, nieotynkowana, ciepło gubi, a ogrzać się jakoś trzeba. Zanim zrobiłby to silnik, mielibyśmy majówkę.

Patrzę na to z uśmiechem politowania. Ale dopiero od niedawna.

Bo nieco wcześniej sam byłem takim godnym pożałowania prądożerczym wampirem. Wystarczyło kilka dni postoju na mrozie i mój benzynowo-olejowy motor błyskawicznie gubił cały rezon. Rozrusznik kręcił wałem niczym woźna mopem, czyli maksymalnie dwa, trzy razy. A później milknął na wieki. Pod 230V Heniek był podłączony częściej niż Tesla. Na kilowaty wydawałem pewnie więcej, niż na benzynę. I wiedziałem, że rozwiązanie jest tylko jedno – NOWY AKUMULATOR.

Ta perspektywa budziła we mnie ekscytację. Stary akumulator był stary i wszystko wskazywało na to, że tę starość będzie kultywował już do końca. Włożenie nowej baterii kojarzyło mi się więc ze swego rodzaju odrodzeniem. Otrzeźwieniem umysłu. Czymś, co czujecie w momencie wychylenia pierwszego kielicha po powrocie z pasterki. Nowy akumulator był moim lekiem na wszystko. Był moim panaceum. Moim pleonazmem.

Godzinami czytałem o akumulatorach. Porównywałem te wszystkie soczyste tabelki i sprawiało mi to ogromną radość. Czułem, że to odmieni wszystko. Poranne rozruchy będą rześkie niczym spacer po lesie i nieustannie bezproblemowe. Rozrusznik będzie zaś kręcił tak ochoczo, że na krótszych dystansach, np. po piwo do sklepu, silnik stanie się właściwie niepotrzebny. Oprócz tego to rzecz jasna + 15 koni, lepsze prowadzenie i takie tam drobnostki. Wystarczy kupić nowy akumulator – czyż to nie piękne?

I już miałem kupować, lecz – jak mógłby rzec Azja Tuhajbejowicz – coś mnie tknęło. Przypomniałem sobie, że znajomy ma multimetr, więc nie zaszkodzi ten akumulator sprawdzić. I tu następuje zwrot akcji. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu akumulator okazał się sprawny. Wiedziałem, że z dodatkowych koni i większych przeciążeń na zakręcie nici. Cały misterny plan w pizdu. To ten moment, gdy bohater filmu sensacyjnego zdaje sobie sprawę, że wszystko wokół niego jest fikcją, jego życie w ciągu sekundy zmienia się nieodwracalnie, a w tle leci zawodząca, smyczkowa muzyka. Bohater filmu sensacyjnego idzie wtedy do podłego baru na burgera, dosiada się do niego piękna, acz wystylizowana na chłopczycę nieznajoma i razem walczą przeciwko wszystkim.

Ja za bardzo nie wiedziałem z czym mam walczyć. Stałem jak wół przed autem, maska tkwiła na sztorc i wcale nie miałem ochoty na burgera. Pragnąłem jedynie wiedzieć gdzie do cholery ucieka mi prund. Bo ten prund mi uciekał, niezaprzeczalnie.

Znajomy przestawił to wielkie pokrętło multimetru na jedną z miliona innych funkcji, których i tak nie rozumiem, a następnie ponownie podłączył do akumulatora. Podejrzenia okazały się słuszne. Coś żarło mi prund. 250 miliamperów. Dużo. Czas rozpocząć poszukiwania winnego. Polegają one na tym, by wyrywać kolejno bezpieczniki i obserwować wskazania amperomierza. Jak cyferki spadną, mamy winnego. Proces jest żmudny, nudny i niewygodny, gdyż trzeba się schylać z kombinerkami, więc dla urozmaicenia zabawy wyobrażałem sobie, że rozbrajam bombę. Działało.

Winnym było radio. Klasyka gatunku. W czasie gdy ja je (kokodżambo, hehe) wyłączałem i grzecznie wychodziłem z auta, ono rozpoczynało swoje podwójne życie. Może gdybym wyłanczał, byłoby lepiej. Nie żebym tworzył jakieś teorie spiskowe, ale problem powstał dopiero po przeprowadzce do Torunia. Rozumiecie: Radio. Toruń. Spisek. Inwigilacja. Czerstwy żart.

Teraz wszystko jest dobrze. Mogę jechać w jakiekolwiek trudne warunki – na Syberię, Alaskę, do Radomia – wiem, że rano odpalę. A na NOWY AKUMULATOR z bólem serca muszę poczekać.

PS Powyższy tekst jest prawdopodobnie najdłuższą parafrazą zdania „Zanim kupisz nowy akumulator, sprawdź czy nie ucieka ci prąd”, nie sądzicie?

  • http://zaniczka.pl Zaniczka

    hahah no to się obśmiałam jak norka :) my mamy diesla 😀 i garaż na szczęscie 😀

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Przeżyłem podobny horror. Przylot po kilku dniach delegacji, idę na parking do pojazdu, nie działa pilot? Otwieram ręcznie, przekręcam kluczyk… JPKM. Żadna kontrolka nawet nie mrugnęła. Cóż, zapomniałem wyłączyć dodatkową lampkę oświetlenia wnętrza. Assistance, podładowanie akumulatora „od strzału” jakimś magicznym urządzonkiem („panie, aleś go pan rozładował”). Potem jeszcze pociągnął ponad rok…