Motoodwyk #2: Czy na pewno wiesz, czyje blogi czytasz?

Zawsze lubiłem blogi. Wydawały mi się idealną platformą do zagospodarowania własnych myśli i do dzielenia się swoją osobowością. Bo cóż tu ukrywać, najbardziej lubię te blogi, gdzie mam do czynienia z kimś nieszablonowym. Wtedy można czytać nawet o wykluwaniu się nogali brunatnych, a wypieki z zaciekawienia mimowolnie pojawią się na twarzy. Chłonąłem więc blogi bez opamiętania. Do czasu.

Jest bowiem jedna rzecz, która wkurza mnie do szpiku kości. I nie chodzi tu o to, że coraz więcej firm wietrzy w blogosferze tanią reklamę. Nie ma w tym nic złego. Owszem, istnieje wiele blogów-laurek, na których nie sposób uświadczyć wpisu bez zakończenia „Wpis powstał we współpracy z…”, ale przecież każdy z nas ma własny rozum i świadomie podejmuje decyzję, czy chce z tym obcować, czy też nie. Droga wolna.

Wkurza mnie natomiast coś innego. To, że w niektórych przypadkach, nigdy nie wiesz kogo czytasz.

Jeszcze do całkiem niedawna byłem w swojej naiwności święcie przekonany, że blogi są medium ludzi kreatywnych. Że są osobistymi dziennikami osób, które mają coś do powiedzenia. Nie zawsze z sensem i nie zawsze mądrze, ale jednak od siebie, z własnych przemyśleń. To jest przecież tą największą siłą blogów. Szczególnie tych, które podpisujemy własnym nazwiskiem bądź rozpoznawalnym pseudonimem. I tak to zawsze odbierałem. Jako coś niezwykle intymnego. Rozumiecie. Ktoś siada przed swoim laptopem i pisze co myśli. Prosta sprawa.

I dlatego tak wielkim strzałem w mordę była dla mnie wiadomość, że wiele tych „osobistych” blogów wcale nie pisze modny bloger z dużego miasta, którego piękną buźkę widzimy w zakładce „About”, tylko… Pani Grażyna z Radomia, dorabiająca sobie do renty. Albo student pierwszego roku psychologii, aby mieć za co zabalować. A rekordziści mają po kilkunastu takich „ghostwriterów”, którzy piszą o tym, o czym oni myślą.

Aby uniknąć niedomówień: Znam zaledwie kilka takich przypadków i żaden z nich nie dotyczy jakiegokolwiek blogera motoryzacyjnego. I nie mam jakichkolwiek podejrzeń, by któryś z nich odwalał taką kaszanę. Wręcz przeciwnie, dam sobie nogę z półdupkiem odciąć, że wszyscy blogerzy motoryzacyjni to spoko ziomy. Rzekłem.

Powróćmy do tematu. Być może jestem naiwnym kucem, a cały proceder jest tajemnicą poliszynela, lecz nie daje mi to spokoju. Bo nie chodzi tu o blogi firmowe lub tematyczne, gdzie tak naprawdę nie ma znaczenia, kto je redaguje. Mam na myśli typowe blogi lifestylowe, podpisywane nazwiskiem, gdzie każdy z czytelników jest święcie przekonany, że czyta pana Iks, czy Igreka. Jeśli to nie jest jawne dymanie tysięcy swoich fanów, to już nie wiem czym jest.

Skąd o tym wiem? Bo sam brałem w tym udział.

Poważnie. Jakże zdziwiony byłem, gdy dostałem propozycję pisania artykułów dla znanego blogera z dużego miasta. Wyglądało to mniej więcej tak, że wymyślałem sobie jakiś temat wpasowujący się w jego lifestylową ścieżkę, a potem pisałem to tak, by przypominało jego styl i jego przemyślenia. Tzn. przemyślenia ghostwriterów, którzy pisali przede mną. A pod każdym artykułem, nie ważne czyjego autorstwa, te same komentarze:
– „Świetnie ujęte!”
– „No, no, z tym tematem to naprawdę pocisnąłeś”
– „Sam bym tego lepiej nie napisał! Genialne przemyślenia!”
– „Cóż, smutna prawda.”
– „Super artykuł, skąd Ty bierzesz pomysły i czas na to wszystko?”

Jestem ciekaw, czy w ogóle to czytali.

Czasami było znacznie łatwiej, gdyż dostawałem gotowca z anglojęzycznych stron, którego wystarczyło słowo w słowo zerżnąć, wraz z każdym najdrobniejszym przemyśleniem. Pan Iks, czy Igrek dostawał ode mnie maila z tekstem, podpisywał swoim nazwiskiem i wrzucał na swojego modnego bloga. A ja dostawałem przelew. I hajs się zgadzał.

Współpraca nie trwała długo, jakieś pół roku. W międzyczasie pisałem też dla innych modnych blogerów z dużych miast, a z każdym z nich dziwiłem się coraz bardziej. „Jezu Smaria, to ten/ta też?” – pytałem się w duchu. Ależ byłem naiwny, nie?

Z czasem jednak przestał mi się ten cały cyrk podobać, mdliło mnie na myśl o wielkomiejskim blichtrze i wycofałem się z zabawy. Praca jak praca, ale pojawiły się także… wyrzuty sumienia. Ja to za miękki czasem jestem.

Bo nie miałbym nic przeciwko, gdyby jeden z drugim napisał: „Siema krejzole, jest sprawa. Nie mam już czasu, ani ochoty na bloga, lecz w dalszym ciągu sypie się niezły hajs, więc mam pomysł. Zatrudnię tu paru fajnych ludzi, będą pisać podobnie do mnie, a Wy będziecie mieli do poczytania naprawdę ciekawe rzeczy. Od czasu do czasu zerknę, walnę z wami strzałę i wirtualnie popłuczemy ryj pod chuch. Co wy na to?”

I wszystko byłoby cacy.

Każdy mógłby zdecydować, czy mu to pasi, czy nie. Jak w przypadku wpisów sponsorowanych. A tak? Dymańsko bez wazeliny.

Ale dopuszczam też oczywiście możliwość, że po prostu to ja jestem takim naiwnym kucem, którego to wkurza. I jest to tak naprawdę powszechna, przyjęta przez ogół praktyka.

A Wy? Co o tym wszystkim myślicie?

PS W żadnym wypadku moim celem nie jest zaszkodzić komukolwiek, więc z pewnością nie zdradzę o kogo chodzi. Nie ukryłem też żadnych wskazówek, po których można by te osoby zidentyfikować. Dlatego bardzo proszę o to nie pytać, ani nie sugerować kogokolwiek w komentarzach. Każdy odpowiada za siebie i za swojego bloga, a mnie nic do tego. Chciałem zwrócić uwagę jedynie na coś, co – według mnie – nie jest do końca w porządku. Tyle.

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Ostrożność wysoce wskazana. Dla mnie zaskoczeniem była pewna licencyjność blogów finansowych. Myślałem, że tamci blogerzy to tak sami od siebie, chwytliwa domena, tytuł bloga, wpisy – a tu coś w rodzaju „żabki”. Wszystko dostarczone wraz z wytycznymi o kiedy i o czym pisać.

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Flogi rzeczywiście są ostatnio coraz bardziej popularne, nie tylko w finansach. Całe szczęście w większości przypadków są one tak koślawo skrojone, że bez większego trudu można je odsiać. Cóż, biznes jest biznes. :)

  • http://headdivided.pl/ Head Divided

    Szczerze? W tej chwili zbieram szczękę z podłogi!
    Dotychczas zawsze myślałam, że tekst na popularnych blogach lifestylowych jest w 100% od danego blogera i że pisze TYLKO I WYŁĄCZNIE ON. A jeśli nie on, to chociaż pisze, że np. wyjechał na wakacje i na ten czas zastąpi go xxx.
    To co bardzo cenię w blogach to przede wszystkim autentyczność, czyli dana osoba mówi, co naprawdę myśli!
    Normalnie idę sobie coś poczytać, albo obejrzeć, bo nadal nie mogę dojść do siebie.

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Małe sprostowanie: Mam pewność jedynie co do kilku blogów, więc uogólnianie byłoby tu krzywdzące. Co prawda podobno jest to dość popularny proceder, jednak większość blogów tworzona jest zapewne uczciwie. Taką mam nadzieję oraz wierzę w ludzką pomysłowość i ambicję. :)

      • http://headdivided.pl/ Head Divided

        Rozumiem, aczkolwiek ja w ogóle sobie nie zdawałam sprawy, że na JAKIMKOLWIEK blogu może zachodzić taki proceder :)

  • http://krasnoludkiprzysterach.me Hai Le

    I przebijaj tu się człowieku Ty sam samemu piszący i samemu wszystkorobiący, po nocach nie śpiący. O tej praktyce już wiedziałam, także mnie nie zaskoczyłeś, a uczucia mam mocno mieszane, bo z jednej strony to faktycznie mocno nie fair. No, ale z drugiej strony równie mocno zrozumiałe. To jak z autobiografiami znanych i lubianych, trudno powiedzieć jak wyglądają proporcje, ale tylko niektórzy napisali je sami, reszta skorzystała z ghostwriterów lub „współpracy” z jakimś pisarzem.
    A ja, jak mam kryzys to myślę sobie, że wolałabym pisać coś pod cudzym nazwiskiem, żeby to ktoś czytał niż pod własnym dla nikogo. Nie żałujesz, że zrezygnowałeś?

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Pisanie dla tysięcy osób pod cudzym nazwiskiem wydaje się fajne, ale tylko przez pierwszy tydzień. Po pewnym czasie budzi jedynie irytację i naprawdę nie ma czego żałować. Dużo więcej frajdy czerpię teraz, na swoim blogu, pisząc dla garstki czytelników, z którymi mogę na luzie pogadać, tak jak teraz to czynię. Jest lepiej. :)

      • http://krasnoludkiprzysterach.me Hai Le

        Jest, ale tylko jak ma się co jeść <|:^)

  • Paulina Zawadzka

    Jestem w szoku, bo w życiu by mi do głowy nie przyszło, że pośród blogerów też się takie rzeczy dzieją… Chyba jestem po prostu nieuleczalną optymistką. Ale w sumie, skoro pośród pisarzy i śpiewaków zdarzają się takie cuda, to czemu blogowy świat miałby być od tego wolny?
    Wydaje mi się to nie fair w stosunku do czytelników, lubię jasne i szczere sytuacje, jak sama nie miałam czasu na blogowanie, poprosiłam chętne do pisania koleżanki o pomoc, ale wszystkie posty umieszczały pod własnym nikiem. I tak powinno być. Mam nadzieję, że pośród blogów, które czytam nie ma takich, w których autorzy kradną pracę innych :/

  • http://altersee.pl/ Mikołaj „Michael” Korsak

    Twój wpis pokazuje że polak potrafi wycisnąć ze skarpetki nawet barwnik nadający jej kolor, używając do tego wszelkich metod. Myśląc o hajsie, który przeleciał przez blogi mistrzów „wirtualnego pióra” dzięki twoim tekstom BOLI MNIE KROCZE ;(

  • justa

    Z blogów powoli robi się showbiznes. Może to z tego wynika takie podejście. Ktoś na tym dorabia, ktoś zarabia – tak, jak w mass mediach.
    Czasem – w kręgach blogów kulinarnych – zastanawiam się ‚jak on/ona to robi?! skąd tyle, aż tyle, tak bardzo, tak dużo?!’… ale potem patrzę na swoje wypociny, wiem, ile czasu mi zajmują i kocham je takimi, jakie są.
    Bo są w 100% moje.

    Pozdrawiam i zapraszam na
    justakitchen.pl

  • http://www.marigo.pl/blog Gosia Mil

    hahha – dobre! nie miałam świadomości i faktycznie zadziwiałam się, skąd blogerka, którą obserwuję i czytam ma tyle trafionych pomysłów na artykuły. Nie wiem, czy korzysta z tego typu pomocy, ale teraz mi lżej że moje marne wypociny są może i marne, ale przynajmniej naprawdę moje i od serca :-)

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Też nie można wrzucać wszystkich do jednego worka, przecież znamy wiele osób, które mają świetne pomysły i genialnie je realizują. Odpowiednia organizacja czasu i nie ma rzeczy niemożliwych. :)

  • http://ania.po-nitce.com/ Ania

    Nie popieram takich praktyk w żaden sposób, dla mnie to jest oszukiwanie czytelników i czuję pewien niesmak kiedy słyszę tego typu historie, ale poniekąd rozumiem samo postępowanie. Przecież prowadzenie bloga wymaga ogromnych nakładów czasu. Regularne pisanie tekstów, robienie zdjęć, planowanie wszystkiego, by miało ręce i nogi. Nie każdemu się chce, nie każdy potrafi, za to każdy by chciał być znanym blogerem, więc nie ważne jak, byle do celu, nawet jeśli ten blog tak naprawdę nie jest już wcale mój! Ja nie miałabym z takiego „mojego – niemojego” bloga żadnej satysfakcji, ale ja podobno z innego świata jestem 😉
    Jaki blog – tacy czytelnicy. Wielokrotnie w różnych miejscach spotykam się z komentarzami, gdzie od razu widać, że komentujący nie czytał tego co komentuje. Ale blogerom, o których piszesz pewno wcale nie na jakości, ale na ilości komentarzy zależy.

  • pieklonakolach

    Świetnie ujęte!!! 😛
    A poważnie to chyba można się domyślać tego typu zagrywek, szkoda tylko, że jak napisałeś nikt nie powie tego otwarcie – na mój sukces pracuje sztab. Przecież gdyby sprawę postawić jasno to nikt nie czułby się oszukany, w wielu dziedzinach na efekt finalny pracuje zespół ludzi a sygnuje to tylko ktoś znany i jakoś nikt się nie zżyma (vide kino czy muzyka).

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      O, o to mi chodziło. :)

  • http://www.cromo.pl/ Dominik z Cromo.pl

    Jak będę chciał sobie zrobić przerwę u siebie, to wiem do kogo napisać :)

  • http://www.wirujaceoktany.pl/ Mikołaj „Ramox” Lora

    No to teraz mnie zastrzeliłeś tym tematem. Chyba jeszcze mało widziałem :)

  • Pingback: Poszerz horyzonty #2, czyli ciekawe linki + linkowe party | HEAD DIVIDED()

  • http://bigeyes.pl Justyna Ignaczak

    Smutne, ale nie do końca wydaje mi się prawdziwe…

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      To tylko podkreśla fakt, jak wielu rzeczy jesteśmy jeszcze nieświadomi. Ty, ja i pewnie większość czytelników blogów. :)

      • http://bigeyes.pl Justyna Ignaczak

        Może masz rację. Mi jest sobie to trudno wyobrazić, bo naprawdę łatwo jest wyczaić, kiedy autor bloga czy vloger coś kręci, coś ukrywa.. Wtedy szybko traci popularność. Przynajmniej ja to widzę. Nie muszę czytać całego wpisu, żeby zorientować się np. czy post jest sponsorowany. Widać, co jest pisane pod SEO. Mi nigdy przez głowę nie przemknęło, że autor sam czegoś nie pisał, a czytam naprawdę dużo blogów. To też potrafię doskonale wyczuć. Kiedyś do mnie pisał znajomy na fb. Byłam przekonana, że to nie jego treść, nie jego słowa. Także naprawdę trudno uwierzyć. Trzeba być geniuszem, żeby wczuć się idealnie w cudzy styl.

  • http://socjopatka.pl Socjopatka

    Sama kiedyś miałam możliwość pisania dla kogoś postów na blogu, więc wiem, że takie praktyki są stosowane. Ja nie skorzystałam. Ledwo mi starcza czasu, żeby u siebie pisać, a co dopiero jeszcze u kogoś :P. Nie sądziłam jednak, że jest to aż tak popularny proceder jak Ty mówisz.
    Trochę mnie to przeraża- szczególnie wizja tego, że robią to popularni blogerzy…

  • https://czarneoko.wordpress.com/ Czarneoko

    Ręce mi opadły. W ogóle nie byłam tego świadoma.
    I nigdy bym nie pomyślała, że ktoś w ogóle może robić coś takiego.

  • http://www.hakierka.pl Amanda

    Często mi przemyka przez myśl ghostwriting, gdy widzę zbyt wymuskane blogi. Wiesz, zdjęcie Twoje śniadania w namiocie bezcieniowym, idealna deszczowa sceneria w tle, gdy popijasz kawę siedząc w hunterach w starbucksie. nie chce mi się wierzyć, że ktoś do tworzenia tekstów miałby czas do tego aranżować sesję i obróbkę zdjęć. A gdzie tu zwykłe zarządzanie blogiem, socialami, kontakt z markami? Nie szokuje mnie to w sumie, nie smuci też. Nie wydaje mi się bowiem, żeby takie blogi faktycznie mogły przyciągnąć społeczność silnie zaangażowaną. A może sobie dorabiam 😉 Copywriting na zlecenie dlatego ssie.