Mokry sen blogera motoryzacyjnego

Bardzo lubię przeciętność. Wychodzenie poza strefę własnego komfortu w celu nabycia motywacji jest równie zasadne, co przypalanie farelką. Ja w tym własnym komforcie czuję się doskonale i buduję sobie przeciętną narrację o motoryzacji w przeciętnych dla niej czasach. Wszystko na miejscu. Jak szybkie piwo za sklepem.

Ale przypomniałem ja sobie, że jestem blogerem, a więc mam obowiązki blogerskie. Jednym z takich obowiązków jest na przykład to, by niewiele robić i chodzić po mieście tak, jakby się grało w teledysku. I ja to robię. W podobny sposób jeżdżę swoim samochodem (wszak to blog o samochodach, nie?), ale zamiast dudnienia high-endowego car audio lub pisku szerokich jak diastema Karolaka opon, słychać jedynie wyjącą piastę. Czasem szczęśliwie, by wstyd był mniejszy, zagłuszam ją terkotaniem przegubów. Dlatego lubię ronda.

Ale jest jeszcze jeden obowiązek blogerski, którego nie mogę przeoczyć. I nie przeaczam. Bloger to musi być trendsetter, to musi być influencer, to musi być overlock. I ja z tym mam większy problem. Bo aby nim być, trzeba być płodnym i systematycznym. Musiałbym zostać Katarzyną Michalak motoryzacyjnej gadki. Natomiast ja, jakby to powiedzieć…

Ale to nie do końca tak, że nie wywieram wpływu. Producenci kolorowych nakrętek do wentyli biją do mnie drzwiami i oknami. Prężnie rozwijające się konsorcja wytwarzające wysokiej jakości trzecie światła stopu zasypują mnie korespondencją każdego dnia. Wiedzą, że gdybym uruchomił mój rząd stu siedemdziesięciu sześciu dusz, to za rok spijaliby szampana i to z Piotra i Pawła, a nie z Biedry. Kożdy jeden miałby trzecie światło stopu. Kożdy. A co bogatsi, z lepszej wsi, mieliby i czwarte. Wysadzane kolorowymi nakrętkami do wentyli. Wierzę w naszą siłę.

Ale najbardziej influencerowałbym na innym polu. Tfu, dworze (wybaczcie, jestem spod Krakowa). Trendsetterowałbym bryki, dostając je po to by sobie nimi pojeździć na urlop za darmochę przetestować w rzetelnym teście i wydać opiniotwórczą recenzję. Miliony polaków czekają na moją recenzję Porsche. Bo może lepsze byłoby Maserati?

Ale mnie szybkie i drogie bryki nie jarają. Jestem wobec nich obojętny jak mój kot, gdy przetnę sobie palec, krwawię i umieram. Przyjęło się, że dorosły mężczyzna powinien marzyć o Ferrari lub Lamborghini, bo to takie menskie. Ja jednak reaguję ziewem, bo jazda supersamochodem po dojazdówce do wielkiej płyty w Trzebini jest co najmniej żenująca. Gdzie ja bym takim autem pojechał? Na pocztę, z umową dla klienta? Po flaczki do Biedry? Miałbym opróżniać niedogoloną gębę z frazesów, że układ kierowniczy ciężko chodzi, przyspieszenie wgniata w fotel, a na myśl o widoczności do tyłu to żadnego cmokania nie będzie? Idź Pan w UJ.

Ale jest rozwiązanie. Przyśniło mi się. Mógłbym testować i recenzować auta dla handlarza grubasa. Najlepiej perełki do 7 tys. zł, a kto wie, może też te najbardziej prestiżowe, do 20 tys. zł? Zamiast sprawdzać trzeszczenie plastików, których i tak nikt normalny nie dotyka, czy truć o precyzyjnej skrzyni biegów, ja szukałbym trójki. Zacierałbym ręce na myśl o tym, w którym kole tym razem nie zadziała ABS. Dumałbym wieczorami, po którym bujnięciu 17 letnie amortyzatory ustabilizują budę we względnym poziomie. I ten dreszczyk emocji – ukończę test, czy nie ukończę. Dojadę na komisowy szuter, czy nie dojadę.

Oto jest pytanie. Oto jest mokry sen.

  • https://blog.ucando.pl/ Blog Ucando

    Przyznam szczerze że to bardzo ciekawy i poruszający wpis. Warto przeczytać!

  • https://superparts.pl/ superparts.pl

    Dzięki za bardzo fajny materiał! Więcej takich!