Mój pierwszy raz za kółkiem

Sprzęgło było dziwnie miękkie, choć przecież nie wiedziałem jakie miało być – wciskałem je po raz pierwszy. No dobrze, może nie pierwszy, bowiem chyba wszyscy bawiliśmy się w dzieciństwie jakimś rozwalającym się gruchotem. Ale pierwszy raz na odpalonym silniku. Nieco ponad pół litra silnika uroczo zakaszlało mi za plecami, choć prawdę mówiąc, żaden późniejszy motor nie zjeżył mi włosów na stopach tak bardzo jak ten.

Nie sprawię wam dużej niespodzianki jak napiszę, że mi zgasł, nie? Byłem onieśmielony jak… (tu powinno być jakieś zabawne porównanie, ale w sumie to nic mi nie przychodzi do głowy. Coś kiepsko widzę karierę blogera, artykuły motoryzacyjne za piniondz pisze się jakoś tak łatwiej. Jestem ciekaw czy jak skończę tę dygresję, to będziecie pamiętali co było przed nią. Cały dramatyzm akcji w pizdu), lecz postanowiłem być twardy. Chce się ze mną zmierzyć – pomyślałem mrużąc oczy. Zakręciłem rozrusznikiem ponownie i podjąłem to wyzwanie. Sprzęgło, wsteczny i gaz do dechy. Tak, wsteczny. Mój pierwszy raz był bowiem do tyłu. Wiem, to idiotyczne, ale akurat tak się złożyło, że zaczynałem swoją pierwszą w życiu jazdę samochodem od cofania między… nagrobkami. Jak to możliwie? Zaraz wyjaśnię.

Pamiętam jaka ekscytacja towarzyszyła mi, gdy pierwszy raz wrzuciłem dwójkę. Czułem się tak, jakbym przeskoczył checkpoint Charlie, wskoczył do odrzutowca i pognał ku zachodowi. I nie przeszkadzało mi nawet to, że mur berliński już dawno został sprzedany po 2 ojro na straganach. Boskie uczucie. Takie magiczne uwolnienie się od wyjącej, niezsynchronizowanej jedynki. Niestety, na dwójce się skończyło, bo pierwszą trójkę wrzuciłem dopiero jakieś 5 lat później, kiedy przed zbliżającą się osiemnastką pognałem na kurs prawa jazdy. Niemniej jednak dwójka i tak chyba już na zawsze pozostanie moim ulubionym biegiem.

Maluch był w kolorze białym i idealnie komponował się na tle lastrikowych i marmurowych płyt nagrobkowych. Jak to możliwe? Zaraz wyjaśnię. Wnętrze było najwspanialsze na świecie. Czułem się w nim tak, jakbym właśnie zasiadł za kierownicą Aston Martina. Przede mną kierownica, pod stopami trzy miniaturowe pedały, a po prawej stronie jeden głośnik, z którego sączyły się piosenki Aya RL z jedynej kasety jaką wtedy mieliśmy. Z radiem walczyliśmy długo, lecz mimo wywijania anteną we wszystkie strony, nie udało się złapać żadnej stacji (nawet TEJ STACJI). No i dźwigienka ssania. Poezja. Te wszystkie psztyczki patyczki z trybem sportowej jazdy w dzisiejszych autach mogą się schować. Tak to sobie wmawiam.

Pierwsza jazda skończyła się dość szybko. Piłowaliśmy Malucha cały czas na dwójce i to ze stopą w podłodze, więc gdyby wyłożyć to w ilościach litrów na sto kilometrów, wychodziło nam jakieś… 25-30 litrów na setkę. Mieliśmy jedynie 5 litrowy kanisterek, stacja była daleko, a rowery zepsute, więc zabawa nigdy nie trwała zbyt długo. No, poza pewną znamienną nocą, ale to temat na inny wpis i kiedyś na pewno do tego wrócę.

Cóż, czas wyjaśnić skąd te nagrobki. Najchętniej napisałbym, że jeździliśmy po zapuszczonych cmentarzyskach i to tylko w zamglone, księżycowe noce. Na wyłączonych światłach. Boję się jednak, że zadławię się dziś przy kolacji kawą i umrę jako nikczemny, nie wart uwagi kłamca, więc tego nie zrobię. Prawda jest jednak inna…

… ale to również temat na inny wpis. Kiedyś być może o tym napiszę, ale póki co – idę parzyć kawę na kolację. Obowiązkowo arabica, 7g (ważę każą porcję kawy przed zaparzeniem) i półtorej łyżeczki cukru. Polecam!