Litrowy silnik

Pamiętam to tak, jakby zdarzyło się wczoraj. Trawą upierdzielony byłem po pachy. Jak zresztą zawsze, gdy wybieram się na targi rolnicze w Kościelcu. Co tam robiłem? Sam nie wiem. Ale wśród ciągników, kombajnów i kultywatorów znalazłem coś zastanawiającego…

Stał w głębi. Pomiędzy krzykiem zaciągających hodowców lucerny, a węglowym swądem nazbyt przypieczonej karkówki. Zupełnie niczym się nie wyróżniał. Tylko ten napis: Ford Focus – 1.0 EcoBoost. Alejagto JEDEN ZERO? W sensie LITER?

Jak nic się jebli – pomyślałem.

Doznałem tak wielkiego szoku poznawczego, że prawie upuściłem paczkę żelek. Tych kwaśnych. Do głowy mi nie przychodziło, że w krowiastym Focusie kombi może zalęgnąć się tak malutki motor. Z trudem wyobrażałem sobie wprawienie tego całego dobrodziejstwa w ruch. W tamtym momencie – a pamiętam to tak, jakby zdarzyło się wczoraj – mój świat nieodwracalnie się zmienił. Zrozumiałem, że to się dzieje. Pojąłem, że downsizing jest nieunikniony. Choć nie za bardzo kojarzyłem wtedy słowo „downsizing”. Nazywałem to wówczas roboczo pierdolnikiem. Tak na własny użytek.

Początkowo byłem oburzony. Pewnie wielu z Was też. Nie mogłem się z tym pogodzić i czułem złość względem producentów samochodów. Oni zaś nie czuli wobec mnie zupełnie nic, bo i co mieliby czuć? Nie jestem ich targetem, nie obchodzi ich zdanie jakiegoś tam Nielubiediesli i w ogóle to na co komu dziś wczorajsza miłość?

Dziś patrzę na to zupełnie innym okiem. Może bardziej przychylnym… (… a może to mejbelin? Te idiotyczne wtręty kiedyś mnie wykończą) W każdym razie zupełnie nie razi mnie litrowy silniczek w pięciometrowej krowie. Nowa Insignia będzie takim wypchana. I dobrze. Bo znam co najmniej tysiąc osób, którym taki silnik wystarczy. Ba, będzie aż nadto. Te osoby nigdy w życiu nie wcisnęły gazu dalej niż do połowy, a najwyższe obroty jakie udało im się uzyskać, to jakieś 3 tys. I to tylko dlatego, że popieprzyli biegi i zamiast piątki wepchnęli trójkę. Podczas sobotniej wyprawy na zakupy używają piętnastu koni mechanicznych, a turbina obróci się w tym czasie może z pięć razy. Nawet gdyby urżnąć im turbiny fleksem, to nie zauważyliby różnicy.

Osobiście nie mam absolutnie nic przeciwko temu, aby do auta z segmentu D montować takie silniki. Niech montują nawet półlitrowe. Niech osiągają z 60KM – wystarczy. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że spora grupa kierowców tak po prostu jeździ. Tyle potrzebuje. Nie jeździ w trasy, nie ściga się spod świateł i nie ciśnie na trzeciego tuż przed zakrętem. Znam osoby, które całe życie jeżdżą jedną, dwoma trasami. Które w dużym mieście były autem ostatnio na egzaminie. Trzydzieści lat temu. Znam osoby, które nigdy w życiu nie wyprzedzały samochodu. I jestem pewien, że Wy też ten typ znacie.

Litrowe silniki są dla nich (no i dla przedstawicieli, się wie). A póki istnieje alternatywa dla lubiących sobie pozapierdzielać, w postaci soczystej widlastej szóstki (lub lepiej), to śpię spokojnie.

Czego i Wam życzę. Ziękujebarzzz.

  • http://www.cromo.pl/ Dominik z Cromo.pl

    W przypadku motocykli jest takie powiedzenie: z motocyklem jest jak z wódką, poniżej pół litra nie opłaca się kupować.
    Tutaj też by się coś analogicznego przydało.

  • http://u-beboka.pl u-Beboka.pl

    A co powiesz na corpo-Mondeo 1.0 i cywilne 1.2? 😀 bo i takie widziałem w normalnej jeździe u kolegi pod blokiem! :>

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Bardzo dobre rozwiązanie. Choć ja bym sobie turbo jakimś takim ryglem zablokował, żeby to jednak wolnossak był. Nie na stałe rzecz jasna, bo czasem w trasie przyda się nieco cugu, więc ryglem sterowałbym elektronicznie. Przycisk zamontowałbym w zaślepce obok włącznika gazu. Tak, właśnie w tym widzę przyszłość motoryzacji.