Krzesło

Każdy nagłówek musi przyciągnąć do siebie już po pierwszym zdaniu. Ten tego nie zrobi. Ma jednak inny cel, a jest nim komunikat – lubię architekturę i aranżację wnętrz. Podobnie jak duże rollo ze średnim sosem, ale nie ma to znaczenia dla tej historii. Skupmy się na wystroju wnętrz.

Czasem bywam na stronach im poświęconych i przeglądam te wszystkie zdjęcia wymuskanych mieszkań. Cmokam na widok minimalistycznych kuchni i przestronnych salonów, które chętnie zapierdzieliłbym męskimi czasopismami i toną książek o tych, których zabito, a jednak zdążyli uciec. Ewentualnie butelkami po piwach, ale tych rzemieślniczych, bo to nie wygląda na alkoholizm tylko na degustatorstwo (jest takie słowo?).

Ostatnio wpadłem na zdjęcie salonu. Wiecie, minimalizm, rachityczna sofa w vintydżowym stylu, komoda o nieoczywistym uroku i dodatki, takie w smak. Wszystko tak, jak wyobrażamy sobie swoje mieszkanie, zanim nie wyjmiemy z portfela 19,99 zł na stolik Ikea Lack. Ale jedna rzecz zwróciła moją uwagę szczególnie. Rozpaliła wyobraźnię do pomarańczowości (na czerwoność zarezerwowany jest kiosk ruchu i nierozstrzygnięte pytanie: gdzie się sika). Ta rzecz to…

Drabina.

Stojąca tuż przy wejściu do pokoju drabina. Zwykła, drewniana, jak do remontu. Przesiąknięta zapachem Unigruntu, taniej wódki i napoju Trzy Cytryny. Pomalowana farbą akrylową – na biało, bo i jak. W pierwszej chwili myślisz, że to fajny, modny dodatek. W następnej, że opierdoliłbyś rollo. Potem zaś pojawia się zwątpienie – na chuj tam ta drabina?

Nie będę udawał, że znam się na designie i wielkomiejskim sznycie. Nie nurzam się w architektonicznych smaczkach i nie mam na drugie imię Baigneuse. Potrafię jednak ocenić, że obecność drewnianej drabiny jest w salonie wątpliwa.

Owszem, może się podobać, ale w gruncie rzeczy jest ona bezużyteczna. Nie powiesimy na niej ubrań, bo zostałby ślad złuszczającej się matowej farby. Nie położymy na niej książek, bo spadną. Przypierdzielimy w nią zaś bankowo małym palcem, ale to dyskusyjna zaleta. Dużo bardziej wolelibyśmy, by w tym miejscu stało krzesło. Takie zwykłe, jak u babci, na które można pierdzielnąć pół szafy, 5 par zużytych skarpetek, palto, kapelusz z piórkiem i przykryć to wszystko kocem. Krzesło, które wybawi nas na domówce, gdy pojawi się nadkomplet towarzyszów rautu. Takie po prostu krzesło. Niemodne, wręcz szpetne, ale niezwykle użyteczne, z którym nie sposób się rozstać.

I teraz puenta: w motoryzacyjnym świecie tym krzesłem jest Passat.

Jaramy się drabinami na modnych portalach i drucianymi rzeźbami ze światowych czasopism, ale i tak, koniec końców, wybieramy Passata.

Takie życie Bożenko.

  • Plecy03

    Fajny tekst, ale czekamy na jeszcze fajniejszy – wyniki eksperymentu :)

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      O, to się dobrze składa, bo dzisiaj jadę po silnik! W nagrodę za długie oczekiwanie oprócz tekstu będzie film na YT :)

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    No tak, w takim razie aż boję się ciągnąć dalej to rozumowanie czym są wszelakie koreańskie jeździdełka 😀

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Moje koreańskie jeździdełko jest półkotapczanem. Niby można kupić, ale kto tego jeszcze używa 😀

  • http://msmoto.pl Blaise

    Takiej puenty się nie spodziewałem 😉 Swoją drogą, drabiną bywają jeszcze bardziej dizajnerskie – na rozkładanej stawia się deski i jest z tego regalik.
    Czy taka drabina na wyższym lvlu może przynajmniej stanowić paralelę dla roweru?