Konsekwencja

Osiedlowy market. Z gatunku tych podłych, których szczerze nienawidzisz, ale w pobliżu i tak nie ma żadnej alternatywy, więc bywasz tam po piwo i groszek na sałatkę warzywną. Sklepowe dobrze wiedzą, że nie masz ochoty na dalszy wyjazd i kontakt z cywilizacją, więc mają cię w pompie. A Ty je. I tak wrócisz. Uśmiechacie się do siebie, pakujesz groszek w niedbale rzuconą jednorazówkę i idziesz na obskurny parking. Takie to sklep, takie to osiedle. Znasz dobrze.

Ale ja dziś o parkingu. Byłem na nim. I siedzę. W aucie – rzecz jasna. Było szaro i brzydko, więc kohe spójnie z osiedlem. Miałem jeszcze odrobinę czasu, dlatego chcąc zabić nudę obserwowałem wszystko dookoła. Czyli w sumie nic. Zgniłozielone Passaty wtapiały się w otaczającą mnie przeciętność tak doskonale, że mogłyby leżeć w Sevres pod Paryżem jako wzornik technologii stealth. I tylko jedna rzecz przykuła mój wzrok skutecznie.

Srebrne Renault Clio.

Wiem, że macie jak ja. Widząc jakieś auto na parkingu podświadomie tworzycie w głowie obraz właściciela. To automatyzm. I nie chodzi tu tylko o markę, model, czy rodzaj silnika. Opieracie to na stanie opon, czystości, czy każdej najdrobniejszej rysce. Na tym, w jaki sposób auto zostało zaparkowane. Na tej specyficznej aurze, która to auto otacza.

I właśnie ta aura przywaliła mi w pysk.

Wiem, że macie jak ja. Oglądając thriller zwracacie uwagę na każdy szczegół. Potem lejecie po gaciach skradając się korytarzem jak Indiana Jones. Budzi się w Was niepokój, budzi się bezsilność. Budzi się też ochota na na dobrego Stouta, ale wywalmy to, dobrze? Czujecie strach. Ta moja parkingowa aura była czystym strachem. Nie ściemniam.

Bo niby kto mógłby się tym srebrnym Clio poruszać? Pomyślcie. Pierwsza myśl – rozkojarzona kobieta. By nie wyjść na seksistę, wnosiłem po fikuśnych kołpakach, a nie po wgniotkach, które swoją drogą były dość liczne. Druga myśl – grzyb. I więcej pomysłów nie miałem. Bo kto niby? No dobrze, ewentualnie aspirujący Seba, który jeszcze nie dorobił się etrzydzieściszóstki i jeździ wózkiem po siostrze. Albo po dziadku. Wszystko się klei.

Wtem nadszedł ON. Rasowy, dorodny Grzyb. Ale nie tak po prostu sobie nadszedł. To był proces. Sunął ociężale, powłócząc nogami i ociekającą pogardą do świata. Do osób starszych mam szacunek dokładnie taki sam, jak do każdej innej osoby – czyli duży. Rozumiem choroby i niedomagania. Ale kuźwajacieżpieprzę nie wierzyłem, że w takim stanie ktokolwiek wpakuje się za kierownicę. Z przerażeniem obserwowałem jak wbija wzrok w Clio i toczy się w jego kierunku. Miałem nadzieję, że poczciwe Reno zgnije, zanim doń dojdzie. Nie rejestrował absolutnie niczego innego. Już z pewnością nie zarejestrował Passata, który ledwo wyhamował dobrodziejstwo inwentarza i na bank pogiął tarcze. Dla Grzyba nie istniało nic. Tylko On, Clio i ich wspólna ponurożniwność.

Wsiadł. Zatrzęsło solidnie budą i zanim przestało Grzyb miał już zapięte pasy i włączony silnik. Włączony w ten charakterystyczny dla niego sposób, czyli ze stopą wtopioną w podłogę. Ryk silnika i gęsty dym wydobywający się z rury uderzyły mnie z dwóch stron. Omal nie dostałem padaczki. Takie bodźce. I gdy już całkiem odchodziłem od zmysłów, czując się jak w jakimś pieprzonym pranku, ruszył.

Na ręcznym.

Wierzcie mi na słowo – Clio stroszyło się jak dachowiec. Byłem w szoku, że ma tak mocny rękaw. Co zaś zrobił Grzyb? Wypchnął pedał gazu przez podłogę i zatrzymał gdzieś w okolicy półośki. Tak domniemywam, bo rozległ się jeszcze większy ryk i samochód ruszył. To cholernie zabawne słyszeć odcinkę w aucie sunącym z prędkością 3 km/h, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Wylałem się z auta i powstrzymując wesołość, machnąłem rękami w kierunku Wszechpogardy. Z nijakim skutkiem. Grzyb nie zauważyłby mnie nawet wtedy, gdybym mu wskoczył na maskę. Zapukałem więc w szybę, lecz bez odzewu. Poczułem respekt. Ujął mnie ten solidny poziom wywalenia na rzeczywistość i wiedziałem, że nigdy Mu nie dorównam. Choćbym się starał, nigdy wypielęgnuję w sobie tak konsekwentnej mentalnej grzybicy. To lata praktyki.

Ale facetowi trzeba pomóc, mimo wszystko – pomyślałem. Zapukałem jeszcze raz, znacznie mocniej. I udało się, nawiązałem kontakt z bazą. Spojrzał na mnie, na chodzący obiekt pogardy i uchylił okno. Mówię mu – Facet, chcesz tego bauma zaorać? Ręczny spuść, będzie ci mniej palił.

Spierdalaj – usłyszałem. Zamknął szybę, wrzucił jedynkę i ruszył do przodu. Na ręcznym. Trzy koła Clio kręciły się beznadziejnie po wypłowiałej kostce brukowej, a czwarte ani drgnęło. Było jak myślenie Grzyba. Konsekwentne.

Wtedy się wzruszyłem. Autentycznie wzruszyłem. Chciałbym być kiedyś jak On. Ale nigdy nie będę. Wsiadłem do auta, wrzuciłem groszek do schowka i pojechałem do domu.