Komu to potrzebne?

Luksus kosztuje 20 tys. zł. To właśnie tyle trzeba wyłożyć na samochód, by nie było wstydu, by sąsiedzi nie wytykali palcem, by podjechać pod supermarket godnie. W tym pułapie znajdziesz najwięcej wymuskanych modeli, z białym dywanikiem ze stópkami i przebiegiem radośnie niższym niż 200 tys. km. Bez względu na wiek.

Jeśli kupujesz kolejny samochód, aż się prosi by uderzyć w ten pułap. Handlarze zacierają serdelkowate paluchy, uprzednio soczyście nań spluwając, gdy widzą, że oto klient zmierza po zakup. Widzą powłóczącego nogami faceta, naprężoną jak struna małżonkę i szwagra, który robi za eksperta, choć jedyne o czym właśnie myśli, to drobny klin. Kamyki komisu szeleszczą.

20 tys. zł. to absolutne minimum. Gwarant, że dzieciaki nie będą się Was wstydzić, gdy podwieziecie je na osiemnastkę, a studenci nie włożą ulotki co to mówi, że dynamicznie rozwijający się autozłom kupi tę Waszą brykę i płaci za każdy kilogram. Wybierzecie się takim do Kołobrzegu, Białki, a może i sąsiadowi dygnie gul pod nosem, gdy zostanie sam ze sobą dorzucając do kotła w piwnicy kolejną porcję półkotapczanu. Iskry paleniska strzelają.

Czasem znajomi pytają mnie, czemu nie kupię lepszego auta. Owszem, jest ono – delikatnie rzecz ujmując – niedoskonałe. Mógłbym odciąć sobie trzy palce, a i tak starczyłoby mi dłoni, by policzyć wszystkie rzeczy, które w nim działają. Jego wartość jest zaś niewiele wyższa, niż kwota OC, którą przed kilkoma dniami musiałem zapłacić. Tak, łzy ciekną po policzkach.

Rzecz jednak w tym, że lepszego auta nie potrzebuję. Tkwi we mnie nuta grzybiarstwa, która wybrzmiewa niechęcią do zmiany. Pomyślałem jednak, że kiedyś ten dzień nadejdzie. Przyjdą chmury, błyskawice, plagi egipskie i kontrola skarbowa. Trzeba będzie kupić coś innego, co będzie w stanie targać moją torbę treningową na siłownię oraz kartony serków wiejskich do domu.

I będzie to samochód nie droższy niż 3 moje wypłaty.

Taką sobie granicę postawiłem. Ktoś powie, że to mało, ale zanim zaczniecie krztusić się piwem, dajcie mi wyjaśnić. Trzy razy na tydzień robię risercz olx-a. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę więc zapewnić, że można wręcz przebierać w najrozmaitszych, najsoczystszych gratach, które kosztują tyle co dobry rower. Spełniają wszelkie moje wymagania, czyli: a) jeżdżą, b) posiadają klimatyzację. Za kwotę trzech wypłat mogę mieć samochód sportowy, vana, przestronne kombi, sedana, czyli co był sobie tylko wymarzył. Dużą zaletą tej kwoty jest też to, że nie kupię suva ani crossovera. Tak na wypadek, gdyby mi odpierdzieliło.

Niezwykle drażni mnie przekonanie, że samochód musi być odzwierciedleniem grubości portfela albo iluzorycznego statusu społecznego. Gdy słyszę: „przecież stać cię na coś lepszego”, dostaję trzęsawicy i wypadają mi plomby. Czy wraz ze wzbogaceniem się rośnie wrażliwość na jakość wykończenia wnętrz? A może bogactwo wymaga tego, bym miał więcej głośników? Może wyższy status społeczny wymaga większej liczby koni pod maską? Kto wie?

Nie potrzebuję największego domu w okolicy, limuzyny z chromowanymi oprawkami, zegarka za półroczną pensję oraz zaświadczenia o ponadprzeciętnej długości wacka. To nie tak, że nigdy nie rozważałem zakupu nowego auta. Kiedyś nawet sądziłem, że właśnie tego potrzebuję. Dojrzało we mnie jednak przekonanie, by moje oczekiwania były bardziej wsobne. Oprę je na własnych potrzebach, a nie na klasycznym „wypada” lub jeszcze lepszym „przystoi”.

Nie wiem, co w przyszłości kupię, ale będzie to prawdziwy grat na miarę moich potrzeb.

  • http://toprent24.pl toprent24.pl

    Te samochody mają dusze i nie są warte żadnych pieniędzy. :)

  • http://u-beboka.pl u-Beboka.pl

    Cel uświęca środki.
    Kulałem się lokalnie, wystarczyła betka i szkaradka. „Średnia rocznika” wypada gdzieś między ’91 a ’92. Ale kiedy jeżdżę po Polsce i kulam się 50k km/rok no faktycznie, niezawodne auto jednak jest fajną sprawą. Co oczywiście nie oznacza że trzeba do tego leksusa a zwykłego taniego kloca, tyle że nowego. Toć za 5 lat będzie mieć ćwierć bańki 😉

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Auto firmowe to zupełnie inna sprawa, samo na siebie zarabia :) Za to zakup prywatnego to zawsze mniejsza lub większa strata, którą trzeba płacić za luksus przemieszczania się jak człowiek :)

      • http://u-beboka.pl u-Beboka.pl

        Ale to nie jest wóz „firmowy” 😀 po prostu dorabiam sobie w nim. Równie dobrze mogłem kupić wóz 5 letni za połowę ceny a dwa razy większy, ekonomiczniejszy i szybszy. Ale tak jak pisałem u Prentkiego, sam kaprys sprawdzenia jak to jest mieć nowe auto też trochę w tym miał swój udział 😛

  • Kacper

    Eee tam ,jakby mnie było stać to bym od razu brał mx-5 albo mustanga w leasing.
    Bo chce.Bo mogę.Bo życie jest za krótkie ,żeby jeździć passatem b5.

    A co do wyboru na olxie ,to ja tam widzę prawie same gruzy. Posiadają klimatyzacje ,ale jej sprawność jest wątpliwa.Nic nie puka nic nie stuka ,ale amortyzatory są dawno wylane. Mój Fordzik jest dzielny ,poprzedni właściciel jeździł bez oleju ,za mojej kadencji wypluł uszczelkę ,a nie był kompletnym gruzem ,lecz wyróżniającym się dobrym stanem samochodem w przedziale do 4k. 20 letnie samochody to babranie się gównie ,to znaczy w mechanice.

    Aczkolwiek szanuje gardzenie „wypada” i „przystoi”.

    Ps: Dawno Cię nie było ,już się bałem że to koniec.

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      O, i takie argumenta to ja rozumiem! Co więcej, mimo iż mamy inne zdanie, to zgadzam się z tym, że większość aut to gruzy, a zakup samochodu tu loteria. Mój Hyundai jest typowym gruzem z milionem obejść. Rzecz w tym, że mi one nie przeszkadzają. Nie razi mnie zacinająca się szyba, skrzypiące plastiki czy niedziałająca lampka we wnętrzu. Mam po prostu wyjątkowo niski próg przyswajalnej jakości i dlatego tanie auta są właśnie dla mnie.

      Zgadzam się też, że 20 letnie samochody to babranie się w gównie. Tak samo jak 15 letnie, 10 letnie oraz 5 letnie. Trochę inaczej pachnące, w nieco innej konsystencji, o różnej wartości – ale jednak gówno :) I chyba nie ma sposobu na ominięcie tego szamba, bo nawet zakup nowej sztuki tego nie przesądza. Historia gościa który kupił felernego Talismana doskonale o tym świadczy :)

      PS Zakładanie firmy wyrwało mi pół roku z życia, sam nie wiem kiedy. Fajnie wiedzieć, że ktoś czyta :)