Ja też kiedyś zjechałem na nartach

22 lipca, Anno Domini 2018, skończył się w Polsce komunizm Andrzej Bargiel zjechał na nartach z K2. To niezwykły wyczyn, zwłaszcza, że dokonany na trzeźwo. W związku z tym przypomniała mi się pewna akcja z dzieciństwa, gdy pierwszy raz wybrałem się na narty. Było ekstremalnie, ale nie uprzedzajmy faktów.

Wracając do Andrzeja, jestem pełen podziwu. Nie za bardzo znam się na himalaizmie, ale wygląda mi to na taką sytuację, że on sobie wlazł na tę górę z nartami i colą Original w plecaku, po czym odpalił fajkę i mruknął: „Dobra, będę jechoł, tylko dokończę piwo”. Tak to mniej więcej jest przedstawiane w mediach i tak to sobie wyobrażam. Cholernie imponuje mi fakt, że nie robi z tego heroicznego wyczynu, nie przemienia się w kołcza walczącego o lepsze jutro i nie inspiruje do tego by, moje kochane krejzole, Wasze pośladki płonęły!

Więcej ekstremalnych emocji targających moimi wnętrznościami miałem podczas pracy w odzieżowej sieciówce, gdy obserwowałem tych wszystkich nieszczęśników doradzających swoim kobietom w przymierzalni. Zwłaszcza wtedy, gdy ich partnerki ewidentnie próbowały się wbić w kostium kilka rozmiarów zbyt mały. I ten nieszczęśnik zazwyczaj mówił, że „kochanie, jest doskonale”, zaś romantyczny poeta powiedziałby, że rozmiar jej czterdzieści i cztery. Jeszcze gorzej było w przypadkach, gdy któryś z nich wybił się na niepodległość i zasugerował, że: „kochanie, może to nie jest najlepszy pomysł”. Ja wówczas stałem obok i wyobrażałem sobie jak odwzorują tę scenę w „Tuż przed tragedią”.

Powracając do tematu, Andrzej zjechał z K2 na nartach.  Ja kiedyś zrobiłem coś podobnego, tylko na mniejszą skalę. Miałem z 10 lat i dorwałem w piwnicy zakurzone narty. Miały ok. 180 centymetrów długości, a więc były jakieś trzy metry dłuższe ode mnie. Mimo wszystko udało mi się je wtargać na osiedlową górkę i to bez butli z tlenem. Zrobiłem to w stylu alpejskim, z jednym przystankiem w bazie na siku i łyk coli Original.

Gdy już wdrapałem się na szczyt, zapiąłem te moje narty, które były tylko nieznacznie krótsze od stoku. Odepchnąłem się od kosza na śmieci wypchanego po brzegi śmieciami i butelkami po coli Original (takie były czasy!), a następnie ochoczo przystąpiłem do nakurwiania w dół. Szybko odkryłem, że jazda na nartach to najprostsza rzecz na świecie. Nieco więcej problemów przysporzyło mi skręcanie. Pojąłem też, że nikt nie poinstruował mnie jak wyhamować to całe ustrojstwo bez efektownego wkomponowania się w drzewo. Od razu podzielę się z Wami moim protipem: hamowanie tyłkiem okazało się wyjątkowo nieskuteczne.

Aktualizując wydarzenia: pada śnieg, zbliża się pierwsza gwiazdka, w radiach od samego rana grzmocą „Last Christmas”, a ja sunę na dupie w dół osiedlowego zbocza. Drę się przy tym wniebogłosy, a okoliczne madki wytykają mnie palcami i wskazują swojej dziatwie jako wzór cnót niepożądanych.

I tutaj muszę Wam coś wyjaśnić. Osiedlową górką u mnie w mieście jest wzgórze, na którym stoi ruina pałacu. Wokół roztacza się przepiękny park, zaś u podnóża zbocza jest niewielki parking Urzędu Stanu Cywilnego. Tym zgrabnym akcentem przechodzimy do motoryzacji, czyli mięska tego bloga.

Wtedy, jakieś 16 lat temu, stał tam Fiat Punto.

Pewnie połączyliście już fakty. Tak, wpierdzieliłem się, z całym dobrodziejstwem inwentarza, w nowiutkiego Fiata Punto. Miał przepiękny kolor opalenizny z solarium, a ja wówczas zakochałem się w tym samochodzie po uszy. Nie wiem jakie hamulce ma Fiat Punto, natomiast jako całość okazał się dla mnie hamulcem nad wyraz skutecznym.

Piętnaście minut próbowałem spod niego wyleźć. Drugie tyle zajęło mi wyciąganie nart. Zaskakująco szybko zajęło mi jednak spierdzielenie z miejsca zdarzenia, w trosce o uniknięcie wpierdolu z rąk właściciela tej włoskiej piękności. Wróciłem jednak na miejsce zdarzenia incognito (mocniej naciągnąłem czapkę na oczy i uszy, byłem nierozpoznawalny), by sprawdzić, czy nie wyrządziłem Fiatowi krzywdy. Nie było ani draśnięcia. 

Polecam jazdę na nartach. To wielka frajda, doskonała aktywność fizyczna i możliwość zapisania się na kartach historii. Dobierajcie jednak górki do własnych umiejętności i unikajcie Fiatów Punto – potłukłem sobie wówczas kostkę. Andrzej uniknął i nic mu się nie stało.