Dlaczego nie lubię diesli?

Kwietniowy ponury dzień od samego rana dawał w kość. Ścisnąłem mocniej kierownicę i kątem oka spojrzałem na licznik przebiegu kilometrów. Wyświetlał okrągłe 547 km. Cóż za zbieg okoliczności, cóż za przypadek. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że ostatni raz pomyślałem o czymkolwiek, gdy na zegarze było 420 km. Trochę słabo – pomyślałem. Średnio jedna przewijająca się myśl co 127 km. Czas to nadrobić.

6

I wtedy zostałem zalany bodźcami. Z każdej strony. Nagle zacząłem zauważać, że wokół mnie co rusz migają małe niemieckie wioski, a na dwupasmowej autostradzie towarzyszą mi inne samochody. Niesamowite otrzeźwienie, wręcz przebudzenie, po 127 kilometrach wegetatywnej jazdy. Kolejny bodziec przybrał formę dychawicznego TIRa (wiem, wiem), który nagle pojawił mi się przed nosem, zmuszając do oderwania dłoni od kubka z kawą i szukania pstryczka od kierunkowskazów. Zniesmaczony odłożyłem kawę, wrzuciłem kierunek, lecz zbierając się do wyprzedzania zauważyłem, że sam jestem wyprzedzany – przez dymiącego jak Watykan po nieudanym konklawe Passata. Poczekałem aż się obok mnie prześlizgnie i w oparach dymu oraz beznadziei pognałem za nim. A mej niedoli towarzyszył irytujący klekot samoczynnego zapłonu. Vivaro, Passata przedemną i ciągnika siodłowego znajdującego się obok. W tamtej chwili klekotał cały świat, klekotało wszystko. W szczególności moja szczęka.

Boże, jak ja nie lubię diesli – pomyślałem. I stąd nazwa bloga.

Wiele osób mnie pyta, dlaczego uważam, że silniki diesla są złe. I tę kwestię chciałbym wyjaśnić. Bo wcale nie uważam, że są złe. Co więcej, znam kilka porządnych i jestem w stanie w 100% zrozumieć czemu ludzie się na nie decydują. To w niektórych przypadkach dosyć zrozumiały wybór i nie twierdzę, że benzyna to jedynie słuszna opcja.

Za to z całego serca ich nie lubię i to już jest całkowitą prawdą. Choć przyznam szczerze, że bardzo chciałbym doznać tej łaski i spojrzeć na nie przychylnym okiem – nie potrafię. Wkurza mnie w nich absolutnie wszystko. Co konkretnie?

Dźwięk

Zacznijmy od sprawy na wskroś prozaicznej. Klekot. Z jakiegoś względu już sam dźwięk silnika wysokoprężnego potrafi mi odebrać jakąkolwiek przyjemność z jazdy. Ba! Gdy idę przez parking i widzę, że jakiś kierownik wsiada do diesla, a zapewne za chwile go odpali, to mimowolnie przyśpieszam i uciekam z miejsca zdarzenia. Uszu nie zakrywam, by nie wyjść na idiotę, ale już kilka razy byłem o włos. Mistrzostwem są podjarki dziennikarzy motoryzacyjnych, których największym komplementem dla drogich diesli jest: „Brzmi prawie jak benzyna!”.

Bezużyteczny moment obrotowy

Zdaję sobie sprawę, że dla wielbicieli diesli wyznacznikiem ich dominacji jest wysoki moment obrotowy. Rozumiem także, że jest to całkiem wygodne, bowiem auto zbiera się ze stosunkowo niskich obrotów i wyprzedzanie jest banalne jak matura. Problem w tym, że to nie zasługa diesli, a… turbodoładowania. Przecież turbobenzyny również fenomenalnie zbierają się z dołu i mają równie wysoki moment obrotowy. Z tym, że są w stanie go wykorzystać w znacznie szerszym zakresie obrotów, dociągając do ludzkich wartości tzn. 6-8 tys. obrotów. Spójrzmy tylko na nowego Civica Type R. Wysokoobrotowy VTEC z turbiną. Czyż to nie bajka?

A diesel? Cóż mi z ogromnego momentu, jeśli się kończy zanim zdążę dobrze zatopić stopę w podłodze? Takie chaotyczne rwanie do przodu jest nieeleganckie. I jak dla mnie – bezużyteczne.

Walka z wiatrakami

Pamiętam swoje służbowe auto z silnikiem 1.9 SDI. Wolnossący ropniak zasmucał mnie każdego dnia. Musiałem zerkać na prędkościomierz, albo obierać azumut na jakimś drzewie, aby sprawdzić, czy wciśnięcie pedału gazu wywołuje jakąkolwiek reakcję. Te silniki nie jeździły. Więc by było jako tako, trzeba było mieć turbo. I o nie dbać, by ci się silnik nie rozbiegał. Gęsty jak giewont dym śmiało wprawiał żelastwo w ruch, a silnik żwawo rwał do przodu. Ale to jeszcze nie to. Wprowadzono więc una soluzione ingegnosa wspólną szynę. I wszystko pięknie – tylko na jakość paliwa trzeba uważać. Bo jak nie, to płać pan grube tysiące za nowe wtryski.

W międzyczasie przypomniano sobie także, że jest coś takiego jak ekologia i fajnie byłoby o to zadbać. Bo to takie modne, ludzkie, opłacalne, potrzebne. Zamontujemy DPFa i niech cały syf zbiera się tam.
– No ale jak będziemy to opróżniać?
Nie będziemy. Napiszemy w instrukcji, by od czasu do czasu pożyłować silnik na trójce z prędkością 100 km/h i wszystko pójdzie z dymem.
– A jak ktoś jeździ niemal wyłącznie po mieście?
A co nas to obchodzi? Niech jedzie za miasto na grzyby, albo odwiedzi szwagra w Radomiu. Jego sprawa.
I załatwiono problem czystości spalin. Ale w dalszym ciągu od wstrząsów drętwiała dupa. Hans kupi der diesla, ale jego arsch musi być kołysana w rytm alpejskich szlagierów. Rozwiązanie może być tylko jedno – koło dwumasowe. Może i jest drogie, za to awaryjne. I co nam zrobicie?

Osiągi

Silniki wysokoprężne to mistrzostwo w kategorii placebo. Idealnie sprawiają wrażenie, że są mocne. Bo trzeba przyznać, że odczucie „kopnięcia” mają całkiem niezłe. Nawet w niepozornym, 140 konnym dieslu może nam się wydawać, że mamy pod maską coś więcej. Problem jedynie w tym, że nijak nie przekłada się to na osiągi. Benzyniak z podobną mocą zdobędzie setkę zapewne znacznie szybciej. Jeśli zaś wybierzemy się na tor, kółko pokonamy w krótszym czasie. To co się dzieje z tą całą mocą? Gdzie ucieka? Kto ją kradnie? Komu to potrzebne? Pomijam już fakt, że moc jest wypadkową wszystkich czynników, jakie wpływają na pracę silnika. Wszystko zależy od tego, czy każda część śmiga jak nowa. Zużyta turbosprężarka? Minus pińcet koni. Zapchany DPF? Minus dwieście. Wywalone wtryski? Zabieramy następne. Wiele tyczy się również benzyny, ale narzekam na diesle, nie?

Wszystko nie tak, jak trzeba

2m

Pisząc ten artykuł, wpędziłem się w wielki ból dolnej, granicznej części pleców. To kolejny argument za tym, że nie lubię diesli. Już samo pisanie o nich wprawia mnie we wściekłość. Kończę więc, by nie przedawkować melisy. W zamian włączę sobie na Youtubie filmiki z dźwiękiem silników. Benzynowych. Posłucham jak dostojnie brzmi ich bulgot przy niskich obrotach oraz agresywny wrzask przy wysokich. Na pierwszy rzut idzie Ford GT, a potem… się zobaczy.

  • pieklonakolach

    Klekot klekotowi nierówny – pamiętam 2.5 TDI w A6 ojca, wspaniały silnik i dźwięk również jak na diesla fantastyczny, ale to rzędowa 5, która w benzynie ciągle mi się marzy. Mogę oglądać filmiki z Volvo bez przerwy, z takim motorem przebolałbym nawet VAG’a.
    A ogólnie, zgadzam się – diesel to nie jest to – uderzenie momentu może i robi wrażenie, ale chyba tylko na kimś kto nie doświadczył wysokich obrotów.
    Poza tym wrażenia akustyczne niwelują przyjemność z jazdy. Jadąc ostatnio ze Szwagrem ( takim autentycznym:) 400 konnym A8 TDI ciągle myślałem tylko o jednym – dlaczego to nie jest benzyna…

  • http://tqmm.pl TQMM

    [sarkazm]jak możesz twierdzić że diesle są złe![/sarkazm] 😀

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Aaa, to jest ten sarkazm!

  • Radek Rutkowski

    Zapomniałeś, Waść, o smrodzie. Smród spalin diesla jest tak przeokrutny, że na myśl o Sierrze 2.3D telepie całym moim ciałem, kulę się w kącie i wołam cicho „mama, mama” łkając jak dzieciak.

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      No masz, jak mogłem zapomnieć? Wczoraj toczyłem się za Cordobą dymiącą jak elektrownia Pątnów. Sadzy nawdychałem się tyle, że jestem chyba z kilo cięższy.