Czy przeszczep się przyjmie? + eksperyment

Na Heńkowym ciele dokonał się przeszczep. Cztery dni nerwówki związanej z oczekiwaniem na telefon od mechanika zakończyły się przekręceniem kluczyka w stacyjce. Reakcją na ten czyn była rącza praca czterech nowych tłoków, w czterech nowych cylindrach. O ile używany silnik, z teoretycznym przebiegiem 150 000 km, można nazwać czymkolwiek z literami N, O, W i igrek.

Pierwszą czynnością po odpaleniu wymienionego silnika było otwarcie drzwi. Drugą – wyjście z auta i obejrzenie wydechu. Nie dymił. Nie kopcił. Nie (kolejny synonim). Chciałbym napisać, że radościom nie było końca, ale ze mną nie ma tak łacno. W takich przypadkach jestem podejrzliwy i nieufny. Czujny jak pies potrójny. I nie stoi za tym żadna mądrość ludowa, po prostu boję się wygłupić i zacząć cieszyć zbyt wcześnie. Znacie to uczucie, nie?

Ruszyłem ochoczo przed bramę, wciąż mając w głowie zapewnienia, że wszystko jest w porządku i silnik jest zdrowy. Że został sprawdzony przed moim przyjazdem i srogo skatowany dla konfirmacji animuszu. Ale to trochę tak, jakby zachęcać do skoku w siano. Wiesz, że najprawdopodobniej nic Ci się nie stanie i w sumie nawet masz ochotę to zrobić, lecz jeśli choć raz w życiu nadziałeś się półdupkiem na widły, to przejrzysz każde źdźbło.

Stąd też ruszyłem przed bramę warsztatu ochoczo, lecz z zachowaniem wszelkich wykształconych zasad. Pod maską miałem nowy silnik, ale w sercu wciąż stary. To przywiązanie nakazywało mi obchodzić się z gazem delikatnie i zmieniać biegi zanim pojawiła się chmura dymu w lusterku. To był taki mój shift light. Mówię Wam, przyzwyczajenie to jest żywioł. Po pokonaniu kilkunastu kilometrów ręka sama butelki z olejem szukała. Druga zaś chciała maskę otwierać. Kierować musiałem kolanami.

Jak się okazuje – odpukać – nie ma żadnych problemów. Póki co. Przeszczep się przyjął, a rany powoli się goją. Wydaje mi się, że powinienem się cieszyć, ale…

No właśnie. Po pierwsze, straciłem mój jedyny leitmotiv bloga. Olejowe dywagacje bardzo mnie śmieszyły. Pomysły zagęszczania oleju mąką – jeszcze bardziej. Czułem, że to jest to co chcę w życiu robić: dolewać olej, a później o tym pisać. Wypróbowałem już chyba wszystkie oleje mineralne. Lałem Castrola, Shella, Mobila, Elfa, Liqui Moli i nawet Lotosa (z tym, że wylałem go przez przypadek na trawę – przeznaczenie). Znam ich zapach, kolor i konsystencję. Potrafię rozpoznać z zawiązanymi oczami po kształcie butelki. Na zakupach w markecie częściej kupowałem olej silnikowy niż spożywczy.

Bardzo mnie to zżyło z samochodem. Każdorazowe wyciągnięcie suchego bagnetu wywoływało u mnie miłe uczucia. Ot, samochodowi chciało się pić. Odkręcałem więc korek i lałem piciu do pełna. Potem głaskałem go po pokrywie zaworów, a przed zamknięciem maski puszczałem jeszcze oczko. To było dla mnie zupełnie tożsame z przykryciem kołdrą dziecka przed pójściem spać. Wzruszało mnie za każdym razem.

Gdyby ten tekst był filmem, w tle leciałaby teraz smyczkowa, podniosła muzyka. Przed oczami migałyby Wam zbliżenia na cieknące łzy i krople oleju spod filtra. Koniecznie w slowmotion. Ale wiecie jak to jest w tego typu szmirach. Smyczki się urywają. Pojawiają się ujęcia ocierania łez i pierwszych nieśmiałych uśmiechów. Taki zwrot akcji. Chciałem tu użyć fachowego, angielskiego terminu, ale wyleciał mi z głowy.

Mój zwrot akcji (dalej nie pamiętam fachowego określenia) wygląda następująco: cieszę się jak cholera, ale nie mogę tego okazywać, bo wiecie jak jest, ok? W najbliższym czasie przytargam do garażu stary silnik i zrealizuję mój największy projekt w życiu. Realizowałem go przez półtorej roku.

ALEOSOCHOZI?

Już tłumaczę. W ciągu tych kilkunastu miesięcy jeżdżenia na niesprawnym silniku, zrobiłem jakieś 17 tysięcy kilometrów. W tym czasie katowałem go w najróżniejszych warunkach i – umówmy się – nie dbałem o niego zbyt szczególnie. Oleju ani świec oczywiście nie wymieniałem, a dolewałem go jedynie wtedy, jak mi się przypomniało. Lałem najgęstsze minerale, więc trudno mówić o wzorcowej ochronie. Czasem zdarzało się tak, że misa olejowa była niemal całkiem sucha. Co tu dużo mówić, robiłem wszystko, by ten silnik miał jak najciężej. Wiedziałem wszak, że i tak go wymienię, więc chciałem sprawdzić jedno:

– Jak będzie wyglądał po tym wszystkim?

Spodziewam się najgorszego. Mówimy wszak o silniku, który palił jakieś 2 litry na 1000 km. Podejrzewam, że uszczelniacze zaworowe istnieją jedynie teoretycznie, a pierścienie tłokowe zostały zmielone. Nagarem mam zamiar palić tej zimy w piecu.

Silnik oczywiście rozkręcę i sfotografuję, a efektami podzielę się z Wami na blogu. Tak dla przestrogi, ale przede wszystkim – dla rozrywki. Już niebawem. Bądźcie w gotowości!

  • Plecy03

    Czekanko :)

    • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

      Prośba o cierpliwość! W międzyczasie zarżnąłem inny silnik, Opla Vivaro, którym miałem przywieźć tamten zarżnięty silnik. Muszę czekać na naprawę tego zarżniętego silnika, żeby przywieźć tamten zarżnięty silnik. Jestem intacz z mechanikiem, będę zdawał relacje na FB.

      • Plecy03

        Taka mała silnikowa incepcja 😉

      • Plecy03

        Blog umarł? Szkoda, bo potencjał był :(

        • http://www.nielubiediesli.pl/ Nielubiediesli

          Nie umarł, pacjent żyje! Po prostu w październiku ruszyłem z firmą i cały wolny czas poszedł na pracę. Teraz wszystko się unormowało i od lutego jadę z nowymi tematami. Potencjał, jakikolwiek jest, zostanie wykorzystany w pełni :)

  • http://www.iparts.pl/ iParts.pl

    Czaso i kasochłonny zabieg, ale myślę że warto będzie. W każdym bądź razie części zamienne mogą się przydać http://www.iparts.pl/ i to najlepiej renomowanych producentów.