Ciężko być KRULEM

Mariusz jest poczciwym człowiekiem. Ma żonę, dwójkę dzieci i pracę, którą lubi. Z wzajemnością. Pożyczy wiertarkę, da w pysk jak trzeba, nigdy nie zapomina zabrać ze sobą piwa jak wpada z wizytą i właściwie jedyne co można o nim złego powiedzieć to to, że jestem jego kumplem.

Jakiś czas temu dostał spadek po dziadkach. Zanim żona zdążyła wytłumaczyć mu, że tak naprawdę w życiu oprócz nowego malaksera, dywanu, kanapy i kuchenki gazowej potrzebuje lampy do naświetlania paznokci, zdążył się wymknąć cichaczem na giełdę. Wykpił się tym, że jedzie obejrzeć nowe okna i huśtawkę do ogrodu, coby rześkim wiosennym dniem dyndać sobie beztrosko.

Na giełdę zajechał swym Puntem, samochodem uczciwym tak, jak uczciwe może być tylko oblicze Tadeusza Sznuka. Bardzo lubił ten wóz. Płyny oraz części eksploatacyjne wymieniał bez zająknięcia, bez dnia zwłoki, niczym bieliznę. Zainwestował nawet w detailing, by lakier lśnił jak cygańskie lico. Nie miał jakiejś wielkiej ochoty na zmianę samochodu, ale bał się, że jak będzie zwlekał dłużej, to okaże się że najbardziej w świetnie pragnie nowego zestawu garnków. Decyzja była szybka.

Wybrał Insignię. Niczym KRUL wrócił do swojej malowniczej wioski, powodując nagły wzrost średniego tętna maksymalnego w promieniu kilku kilometrów. Nawet huurr, kupił sobie duuur nowe felgi, bo udało mu się przekonać żonę, że dzięki temu oszczędzi na zmianach opon. Z auta był bardzo kontent. Nie przeszkadzał mu nawet osobliwy dźwięk silnika, o którym już kiedyś pisałem.

Kolorowy anturaż i pompony skończyły się po dwóch tygodniach. Nielubiediesli – mówi – tym autem NIE DA SIĘ JEŹDZIĆ. Pytam dlaczego, mój sympatyczny kolego – psuje się? Potrzebujesz druta albo trytki? Nie miał jednak nastroju do żartów i szybko wytłumaczył mi na czym tkwi kij w kupie.
– Nic się nie psuje! Auto chodzi jak złoto! Problem leży gdzie indziej.

W złotych czasach, jego motoryzacyjnym belle epoque, gdy na podjeździe zalęgło mu się Punto, jeździł jak człowiek. Był spokojnym szeregowym kierowcą, który niespecjalnie naraża się innym. Doświadczenie miał spore, jeździł spokojnie i nie łapał mandatów. Taki zwykły kierowca. Taki Mariusz. Czasy „gdy Insignią jadem, lśniem jak krulewski diadem” jednak minęły – mówi.
– Wszyscy przede mną zwalniają! – żali się, a ja nie nadążam z donoszeniem piwa.

Gdzie się nie pojawię, wszystkim odpierdala. Nawet jak jadę przez totalne wygwizdowo, a jedyne co mógłbym potrącić to kapliczka z figuro, i tak jadą 40km/h. CB wyjebałem na strych, bo ciągle tylko „, mobilki, misiaczki w Insigni”, „uwaga na nieoznakowaną Insignię”, „sprzedam Opla”. Ta Insignia to taki burger z podwójnym kotletem, ale ulepionym z ciecierzycy. Niby ładny, niby dobry, znajomi cmokają jak widzą, ale jazda nim jest jak kac kupa – niesympatyczna. Puntem jeździłem jak chciałem. Było 50 km/h, to się jechało 70 km/h wraz z innymi autami. Jak wlókł się przed tobą kombajn, to się go elegancko wyprzedzało na niekończącej się podwójnej. Była normalność. Teraz wszyscy przede mną się boją. Jeżdżę przepisowo, dzieci się ze mnie śmieją, a koledzy w pracy przezywają „szeryf”.

I tylko żona się cieszy.

  • http://u-beboka.pl u-Beboka.pl

    xD

    Na szczęście nie miałem tej nieprzyjemności jechać z kimkolwiek jako pasażer czy kierowca. Ale byłem ciekaw czy to właśnie tak wygląda 😀