10 więcej ratuje życie

Wieś pod Wieluniem. Wieś, jaka jest, każdy widzi, ale ta od razu wydała mi się nieco niepokojąca. Mijane domy sprawiały wrażenie pustych, czas zawiesił się na kołku, a charakterystyczny zapach żniw mieszał się z odorem spalin. Jechałem w ciągu samochodów, które zdawały się tylko pełznąć, bo przepastne pola uprawne i rozsiane co kilometr domy nie dawały wystarczającego odniesienia. Podgłośniłem radio, bo akurat zbliżały się wiadomości. Była godzina 12:00, czas wylęgania się południc.

Samochód Marcina był typowym przedstawicielem generycznego nurtu aut służbowych. Biała Octavia z emblematami firmy, której nie znam. Ciekawe, jak skuteczna jest ta reklama. Po minięciu kapliczki w prawej tylnej lampie Skody zgasła żarówka. Marcin o tym nie wie, bo skąd ma wiedzieć. Dowie się dopiero po dojeździe do Katowic, gdzie czeka na niego już hotelowy pokój. Jutro ma ważne spotkanie biznesowe, więc woli udać się na miejsce już w niedzielę. A może wcale nie zauważy tej spalonej żarówki? Kto wie?

Piotr, 36 lat. Wraz z rodziną wraca znad morza, jutro kończy mu się urlop. Odgania myśl o powrocie do roboty zagadując trójkę córek i wspominając dopiero co zakończone wakacje. Jak wróci do domu, zrzuci na laptopa zdjęcia oraz filmy, bo w przyszły weekend przychodzą do nich teściowie, więc oglądanie sztampowych zdjęć zachodu słońca, zabaw w brudnej wodzie i szamania ryby z frytkami będzie doskonałym sposobem na przełamanie niezręcznej ciszy. Za rok zamierza wykupić domek w Chorwacji, choć jeszcze nic pewnego, bo nigdy nie wiadomo jak z urlopem.

Wzrok Anny niebezpiecznie długo tkwił wbity w tylną szybę Volkswagena Passata. Znad jego podszybia wystawały trzy zagłówki dziecięcych fotelików. Dwa jednakowe, jeden nieco większy: czyżby bliźniaki? Utrzymujące się od tygodnia upały dekoncentrują Annę, tym bardziej, że to pierwsza tak długa trasa od momentu zrobienia prawa jazdy. W kilkunastoletnim Oplu Corsie próżno szukać klimatyzacji, dlatego od samego Poznania towarzyszy jej koncert powietrznych szumów i świstów. Zamknie okno tylko na chwilę, bo za moment znów we wnętrzu nie będzie dało się żyć.

Jadę za nimi od kilkunastu kilometrów. Do domu pozostały mi jakieś 2 godziny jazdy, więc już grubo ponad połowa trasy za mną. W wiadomościach wspomnieli o tym, że tego lata utonęło już 350 ludzi. Dużo. To prawie dwa razy tyle, ile Nielubiediesli ma fanów na FB. Daleko na horyzoncie pojawia się białe Renault Kangoo. Wyłania się spośród czekających na ścięcie zbóż. Sunie z boku, prostopadle, jakby chciało mi wyjechać na powitanie i przełamać marazm tych bezkresnych przestrzeni.

Już po chwili mogę przyjrzeć mu się bliżej. Na jego pace widzę chyba drabinę, ale nie jestem tego pewien, bo przede mną jadą trzy samochody: Opel Corsa, Volkswagen Passat i biała służbowa Octavia. Wszyscy zwalniamy do 70 km/h, bo właśnie tyle na liczniku ma Roman, kierowca leciwego Renault Kangoo w kanarkowej żółci. Wraca od szwagra, z którym wczoraj do późnej nocy naprawiali Ursusa 360. Dziś już takich nie robią.

Fenomen aut służbowych zaskakuje mnie za każdym razem. Biała Octavia wyprzedziła kanarkowe Renault Kangoo w dosłownie w mgnieniu oka. Zrobiła to z taką gracją, jakby omijała przydrożny stragan z czereśniami. Nieco dłuższe przygotowania poczynił Piotr, lat 36, wszak wiezie ze sobą żonę oraz trójkę dzieci. W dogodnym momencie wysuwa się na lewy pas, ale nie przyspiesza zbyt żwawo. Mijają wieki, zanim przyciężka sylwetka Volkswagena Passata zbliży się do paki Renault Kangoo, w której znajduje się aluminiowa drabina. Teraz widzę ją lepiej.

Dalszego przebiegu zdarzeń nie widziałem. Dużego Volkswagena zasłoniła mi mała Corsa, która, podobnie jak i on, znalazła się na lewym pasie. Śmieszny widok. Zobaczyłem jednak coś znacznie bardziej niepokojącego: rosnącego w oczach Volkswagena Transita Transportera, który wyłonił się zza zakrętu i sunął wprost na swojego młodszego brata – Passata.

Nie wiem jakim cudem udało się uniknąć wypadku. Gdy otrząsnąłem się z szoku, Passat powoli znikał mi z oczu, zaś Corsa powtórnie znalazła się na moim pasie. Można było dostrzec jeszcze pracę jej amortyzatorów, które próbowały ustabilizować nadwozie po gwałtownym odbiciu w prawo. Przez moment mignął mi w tylnym lusterku Opla wzrok Anny. Nie znam się nad odczytywaniu oznak uczuć, ale mogę przysiąc, że widziałem czysty strach.

Dalsza trasa upłynęła mi bardzo spokojnie. Przejechałem jeszcze ok. 5 kilometrów, zanim udało mi się znaleźć dogodne miejsce, by wyprzedzić jadącego 70 km/h w terenie niezabudowanym Romana w żółtym, brudnym Renault Kangoo. Jechał przepisowo, nie było żadnego znaku wymuszającego minimalną prędkość, być może po prostu źle się czuł albo coś złego działo się z samochodem. A może po prostu lubi tak jeździć? Ma prawo.

Po wyprzedzeniu Kangoo spojrzałem w lusterko. Ujrzałem ciąg samochodów wykonujących, podobnie jak ja chwilę wcześniej, manewr wyprzedzania – jeden z najniebezpieczniejszych na drodze. Po kilku sekundach minęła mnie krwistoczerwona Mazda 6 jadąca z naprzeciwka. Piękny samochód.